Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Modele Relacje z budowy Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.7

Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.7

Email
Spis treści
Spitfire MkIIA, 1/48
aktualizacja cz.2
aktualizacja cz.3
aktualizacja cz.4
aktualizacja cz.5
aktualizacja cz.6
aktualizacja cz.7
aktualizacja cz.8
Wszystkie strony

Metalizer stanowił warstwę podkładową mającą wyeksponować niedoróbki wykończenia powierzchni. Jednak, jak powszechnie wiadomo, powierzchnia pod wykończenie matowe nie musi być tak idealna jak ta dla efektu naturalnego metalu. Ponieważ nie zamierzałem przesadzać z przygotowaniami ponad miarę, musiałem na oko ocenić, czy uwidocznione przez metalizer skazy zginą pod matową emalią. Ponadto nie byłem pewny jak wyglądać będzie dość delikatny relief nitowania skrzydeł. I znowu, metaliczna farba wyeksponowała je jednoznacznie, ale jak będzie po położeniu kamuflażu?

To wszystko sprawiło, że potrzebowałem nowej, pomocniczej warstwy próbnej, by poznać odpowiedzi na powyższe pytania. Oczywiście warstwą tą mogły zostać po prostu kolory kamuflażu. To, że jakieś korekty będą konieczne nie stanowiło żadnej tajemnicy. Dlatego nie widziałem sensu wykonywania rysunku plam w sposób szczególnie precyzyjny, skoro malowanie i tak trzeba będzie w mniejszym lub większym stopniu poprawiać. Stąd wspomniana w poprzedniej części konieczność zachowania dokumentacji przebiegu kamuflażu.

Choć zrezygnowałem ze szczególnej precyzji, to nie znaczy, że malowałem byle jak. Mimo dość sporej dyszy w aerografie starałem się jednak jak najmniej odbiec od narysowanej na powierzchni modelu mapy plam. Dysza o średnicy 0,4 mm w połączeniu z ograniczeniem dbałości o dokładność musiała doprowadzić do przesunięcia przebiegu łączeń kolorów, ale chciałem, by późniejsze poprawki były możliwie jak najmniejsze. Malując w ten sposób mogłem też zmniejszyć liczbę warstw farby, kładąc Dark Green i Dark Earth obok siebie. Pilnowałem tylko, by wzdłuż linii podziału kolorów zawsze ta sama z użytych farb wszędzie przekraczałą tę linię - dzięki temu ostateczny efekt będę mógł uzyskać jednym maskowaniem.

Nakładałem mocno rozcieńczoną farbę, nie starając się pokryć od razu równomiernie całej powierzchni. Niskie ciśnienie i wąski strumień emalii związany z niewielką odległością wylotu dyszy od modelu zmuszały mnie do zamalowywania kolejnych niewielkich fragmentów Spitfire’a. Ostateczna powłoka kształtuje się tu poprzez nałożenie się kolejnych, przejrzystych i nierównomiernie kryjących warstw, podobnie jak przy malowaniu pędzlem. Zaletą takiego sposobu jest to, że ułatwia on panowanie nad grubością naniesionej farby i raczej wyklucza niechciane zalanie nią detali.

 

Sposób nakładania farby jest widoczny na ogonie samolotu. Na skrzydłach farba nałożona jest w stopniu zapewniającym pełne krycie. Także na spodzie granica przejścia kolorów Sky – czarny jest prowizoryczna.

Mimo to okazało się, że nitowanie było na tyle delikatne, że w większości zniknęło z powierzchni modelu, to znaczy z powierzchni oglądanej gołym okiem, bo pod lupą otworki nitów były jak najbardziej widoczne. Zmusiło mnie to do powtórzenia nitowania skrzydeł. Przeszlifowałem stare linie nitów drobnym papierem ściernym. W miejscach, gdzie były bardziej widoczne uzupełniłem ten proces szpachlowaniem klejem CA i ponownym szlifowaniem. Przy okazji mogłem poprawić przebieg kilku szczególnie krzywych ściegów.

Ponadto wykonałem ostatnie poprawki powierzchni, szpachlując zbędne a zapomniane uprzednio panele dostępowe, czy linie podziałowe, dodając inne i, wreszcie, korygując różne niedoróbki powierzchni modelu.

W takim powiększeniu i w tej fazie poprawki powierzchni wyglądają bardzo źle. Ale zdjęcie powstało, by pokazać panel wskaźnika wysunięcia podwozia. Złe wykończenie to efekt uboczny, choć należy mieć nadzieję, że tymczasowy.

Nadmiernie wyraziste nitowanie wynikające z kształtowania go na pomalowanej powierzchni ulegnie złagodzeniu przez różne zabiegi przecierania i polerowania. Każdą warstwę farby, o ile to możliwe, staram się przeszlifować i wypolerować. W ten sposób usuwam chropowatości powstałe w wyniku niedoskonałości prowadzenia aerografu i uzyskuję jednolitą fakturę powierzchni, co jest szczególnie istotne przy nakładaniu się kolejnych warstw lakierniczych, które potęgowałyby nieusunięte niedoskonałości. Czasem przecieram fragmenty modelu drobnym papierem wodnym lub ściereczkami polerskimi, ale najchętniej robię to wełną metalową. Ten sposób ściągnąłem od Jarka Geniusza, który do pomysłu dołożył mi jeszcze kiedyś kłębek takiego ścierniwa. Proces kończę miękką końcówką polerską osadzoną w uchwycie modelarskiej szlifierki ustawionej na wolne obroty.

Na zdjęciach widać resztki wełny metalowej pozostałe po przecieraniu. Cechą tego materiału jest, że siepie się niesłychanie.

Gdy powierzchnia była już gotowa, zająłem się maskowaniem modelu w celu uzyskania ostatecznego przebiegu plam kamuflażu. Użyłem wałeczków z plasteliny typu Blue Tack o niewielkiej średnicy, rzędu 1,5 – 2 mm. Chciałem uzyskać linie łączenia kolorów niemal ostre. Miały tylko gdzieniegdzie budzić wątpliwości, czy aby nie są odrobinę rozmyte, przy czym w niektórych miejscach rzeczywiście miało się to zdarzyć. Tak chciałem zilustrować efekt malarski powstały w wyniku przykładania do powierzchni samolotów grubych gumowanych mat z końskiego włosia, jak to miało miejsce w zakładach Castle Bromwich Aircraft Factory (CBAF). Przejścia kolorów między górnymi kolorami kamuflażu, a spodem samolotu wykonywano z ręki i linia jest tu bardziej rozmyta. W tym miejscu wałeczki plasteliny były już grubsze.

Maskowanie ostatecznego kamuflażu. Góra jest już pomalowana. Jednak do słowa ostateczny nie należy jeszcze się nadmiernie przywiązywać.

Teraz miałem już wstępnie namalowany kamuflaż. Wstępnie, ponieważ, pomimo starań, zawsze na tym etapie można jeszcze wychwycić niedoskonałości rysunku plam i przejść kolorystycznych, czy przeoczone wpadki w wykończeniu powierzchni. Dodatkowo, a priori założyłem, że przejście kolorów gora-dół będzie wymagało dopieszczenia malowaniem z ręki. Rozmyte linie spod plasteliny w moim wykonaniu wyglądają nadmiernie technicznie i jednak nie do końca naturalnie.

Oczywiście model ponownie został poddany procesowi polerowania.

Koniec pierwszego etapu malowania.

Radosław Jurczyk (zdjęcia: Radosław Jurczyk)

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.