Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Modele Relacje z budowy Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.6

Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.6

Email
Spis treści
Spitfire MkIIA, 1/48
aktualizacja cz.2
aktualizacja cz.3
aktualizacja cz.4
aktualizacja cz.5
aktualizacja cz.6
aktualizacja cz.7
aktualizacja cz.8
Wszystkie strony

Model został przygotowany do rozpoczęcia procesu malowania. Przedtem jednak należało starannie dopracować plan i wykonać serię eksperymentów. Uruchamiając aerograf chciałem wiedzieć, jak powinienem postępować, by uzyskać zamierzony efekt, gdyż próbowanie na modelu nie wchodziło w grę. Pewnie można tak robić, gdy budowa trwa kilkadziesiąt godzin, a ewentualny nieudany eksperyment wystarczy zbyć machnięciem ręki i, będąc bogatszym o nabyte doświadczenie, rozpakować kolejny model. Dla mnie takie ryzyko było nie do przyjęcia – zbyt wiele czasu poświęciłem mojemu małemu Spitfire’owi. Dlatego już dużo wcześniej, wielokrotnie zastanawiałem się jak malować model, by zmierzać do celu i jednocześnie kontrolować proces.

Oczywiście pierwszym krokiem było określenie tego celu. Od momentu rozpoczęcia prac, w miarę możliwości pogłębiałem swoją wiedzę o wyglądzie i eksploatacji portretowanego samolotu. To pozwoliło mi wyrobić sobie zdanie, jak mógł on wyglądać wiosną 1941. Teraz trzeba już było podjąć decyzję jak precyzyjnie przedstawić zarówno nieliczne znane ze zdjęć fragmenty mojego myśliwca, a także pozostałą jego powierzchnię, zdefiniowaną w sposób możliwie prawdopodobny.

Z góry odrzuciłem różne popularne techniki jako niezgodne z moimi zwyczajami, albo wprowadzające element nadmiernej przypadkowości. Zależało mi na uniknięciu wszelkich akryli i minimalizacji liczby warstw. Zatem musiałem zwyczajnie sprawdzić, czy planowany proces okaże się w praktyce wykonalny. Ponieważ różne prace malarskie, robione przeróżnymi farbami, towarzyszą mi niemal przez całe życie, nie starałem się uzyskać idealnego efektu końcowego na treningowych kawałkach plastiku. Uznałem, że wystarczy mi poczuć materiał. Gdyby jednak ktoś chciał iść w moje ślady i nie był tak zadufany w sobie jak ja, być może warto byłoby pociągnąć próby do samego końca.

 

 

Plan malowania zmieniał się z biegiem czasu. Szczególnie etapy późniejsze związane ze śladami eksploatacji ulegały różnym poprawkom. Czas między pierwszym a ostatnim wpisem liczy się w latach, a notatki ulegają nawarstwieniu i konkretyzacji wraz ze zbliżaniem się początku malowania. Ostatnie strony uzupełnione są bieżącymi uwagami dotyczącymi np. mieszania farb, czy też zapobiegającymi przeoczeniu jakiegoś detalu.

 

Plastikowy złom do testowania sposobów na uzyskanie efektu przetarcia farby. Pierwotny pomysł zupełnie nie wypalił i liczne podkłady do prób wykonane z użyciem maskolu okazały się właściwie zbędne. Swoją rolę spełniły widoczne tu przykłady przecierania kolejnych warstw farby. Istotne było, by przekonać się, jak będzie reagować powłoka na działanie papierem ściernym i ostrzem nożyka oraz przetestowanie metod naprawy miejsc, które będą wymagały takich poprawek. Kształt przetarć jest tylko zgrubnie podobny do docelowego i nie ma tu całej gamy czynności dopieszczających ich wizerunek. Na modelu pojawią się jeszcze różnego rodzaju i wielkości zarysowania oraz odpryski, ale zostaną one po prostu namalowane. Całość uzupełnią zabrudzenia i także namalowane plamki niestartej farby w zagłębieniach.

Malowanie rozpocząłem od metalizera Super Metalic Gunze Sangyo na powierzchniach nieoklejonych folią aluminiową. Ta warstwa będzie imitować materiał, z którego wykonano poszycie samolotu, a jednocześnie stanowić podkład, ukazujący niedoskonałości wykończenia powierzchni. Gdy uznałem ją za odpowiednią, zabezpieczyłem metalizer sealerem Model Master i położyłem szarą emalię w miejscach, gdzie ubytki farby zewnętrznej będą szczególnie rozległe. Farba podkładowa na samolotach Spitfire miała kolor szary, nie bardzo jednak wiadomo jaki to był odcień. Wykorzystałem tę lukę w dokumentacji na swoją korzyść i dobrałem szarość zbliżoną do koloru plastiku, z jakiego wykonano wypraski. Zamierzałem wycierać gotowy kamuflaż tak, by w odpowiednich miejscach odsłonić blachę poszycia z prześwitującą tu i ówdzie farbą podkładową. Wspomniana zbieżność szarych odcieni miała ratować mnie tam, gdzie przetarcia wymknęłyby się spod kontroli i odsłoniły plastik.

 

Model pomalowany jest metalizerem. Szary podkład występuje w miejscach najbardziej narażonych na wytarcia lakieru: u nasady skrzydeł i na krawędziach natarcia.

Poniższe zdjęcia są czysto warsztatowe i nie powstały na potrzeby relacji. Zrobiłem je tylko po to, żeby udokumentować rozkład plam kamuflażu, który odtworzyłem na modelu na tym właśnie etapie. Wykonany ołówkiem rysunek jest efektem studiów podobizn kilku Spitfire’ów MkII, głównie z polskich dywizjonów. Samolot Kołaczkowskiego znany jest tylko z bodaj trzech zdjęć. Na szczęście w Castle Bromwich, gdzie zbudowano myśliwiec, z dużą starannością przykładano szablony kamuflażu do powierzchni płatowca i przebieg plam jest niezwykle powtarzalny. Dzięki temu możliwe jest precyzyjne odtworzenie rysunku malowania na modelu.

Przedstawiona tu moja mała dokumentacja zdjęciowa była mi niezbędna, ponieważ plan malowania zakładał możliwość niekontrolowanego przykrycia ołówkowych linii farbą kamuflażu, a w konsekwencji niebezpieczeństwo zmiany narysowanego przebiegu granic podziału kolorów.

 

Tymczasem kontynuowałem też prace nad sznurowaniem powierzchni sterowych. Ostatecznie proces wykształcił się sam, przez przypadek. Męczyłem się straszliwie próbując odpowiednio powklejać i ukształtować rozciągniętą ramkę w szczelinie na sterze. W przypływie desperacji dziabnąłem wklejony pręcik ostrym końcem igły i ze zdumieniem przyglądałem się powstałemu kształtowi. Uświadomiłem sobie wtedy, że nie jest moim celem utworzenie idealnie odwzorowanego sznurowania w skali 1:48, a tylko stworzenie takiego wrażenia. Czym prędzej sprawdziłem jak to będzie wyglądać przykryte paskiem kalkomanii i uznałem, że uzyskany kształt właśnie takie wrażenie zapewni - przynajmniej jeżeli chodzi o moje możliwości. Ostatecznie proces kształtowania sznurowania płótna na powierzchniach sterowych przedstawia się tak:

Prace nad powierzchniami sterowymi rozpocząłem od obróbki lotek. W monografii Alfreda Price’a można znaleźć historię Jeffreya Quilla, pilota oblatywacza z Vickers Aviation, który jako były oficer RAF z ramienia wytwórni brał udział w lotach bojowych w okresie Bitwy o Brytanię. Wnioski zebrane w walkach posłużyły do wprowadzenia modyfikacji do konstrukcji myśliwca. Pomyślałem, że gdzie sierpień 1940, a gdzie wiosna 1941 i beztrosko przystąpiłem do poprawek elementów modelu zgodnie z jedną z modyfikacji wprowadzonych po sugestiach Quilla, polegającą na zastąpieniu płóciennego poszycia lotek metalowym.

 

Plastikowa taśma ponownie posłużyła jako prowadnica nitowadła. Nie zawsze jest to możliwe, ale na ogół staram się naklejać więcej niż jedną warstwę, zapewniając tym samym stabilniejsze oparcie dla przesuwającego się kółka zębatego.

Szczęśliwie moja beztroska nie sięgała tak daleko, bym już po przenitowaniu i wstępnym pomalowaniu części nie sprawdził daty wprowadzenia metalowych lotek do Spitfire’ów. Oczywiście okazało się, że całkowicie nie doceniłem inercji procesu produkcyjnego owych czasów i musiałem przerobić plastikowe lotki z powrotem na kryte płótnem. Przeszlifowanie ściegów nitów nie było jednak szczególnym wyzwaniem.

Po przygodzie z lotkami pełną parą mógł już ruszyć proces odtwarzania imitacji sznurowania poszycia. Do wykonania pasków pokrywających węzły wybrałem kalkomanie Hasegawy. Wśród arkusików zapełniających pudełko z naklejkami te właśnie wyglądały na najgrubsze, a zależało mi, by po pokryciu ich farbą wciąż dało się dostrzec obecność pasków.

 

Różne fazy wykonywania wiązania płóciennej powierzchni na sterach.

 

Paski kalkomanii na przeszlifowanej lotce i już pomalowane na sterze wysokości. W tym drugim przypadku do poprawki, gdyż fragmenty kalkomanii oderwały się po przyklejeniu części do taśmy klejącej na stoliku malarskim.

 

Gotowe stery. Na zbliżeniach nie wyglądają zapewne na szczególnie precyzyjną robotę. Mam jednak nadzieję, że okienko pokazujące ster kierunku w wymiarze zbliżonym do rzeczywistości pozwala powiedzieć, że tę precyzję udało się zasugerować.

Radosław Jurczyk (zdjęcia: Radosław Jurczyk)

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.