Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Modele Relacje z budowy Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.5

Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.5

Email
Spis treści
Spitfire MkIIA, 1/48
aktualizacja cz.2
aktualizacja cz.3
aktualizacja cz.4
aktualizacja cz.5
aktualizacja cz.6
aktualizacja cz.7
aktualizacja cz.8
Wszystkie strony

Blachy na zakładkę to jedna z charakterystycznych cech konstrukcji kadłuba Spitfire. Drugą jest nitowanie. Stosowano nity wypukłe, najprawdopodobniej różnej wielkości, uzupełniane zapewne nitami wpuszczanymi. Niestety, nie udało mi się jednoznacznie odtworzyć przebiegu tych wszystkich rodzajów nitów. Postanowiłem zatem zbudować iluzję, polegającą na pokazaniu różnorodności nitowania wczesnych Spitfire’ów i tym samym stworzyć wrażenie precyzyjnego odwzorowania konstrukcji. W tym celu na skrzydłach i nosie, gdzie występowały nity wpuszczane, użyłem tradycyjnego kółka zębatego w oprawce, a na ogonie wykorzystałem produkt HGW, czyli nity do naklejania jak kalkomania. Te drugie miały imitować elementy wypukłe. Aby uzyskać wspomnianą różnorodność zdecydowałem się na przyklejenie kalkomanii HGW przeznaczonych do skali 1:48 i 1/32. Nie miałem nitów w większej podziałce i trudno było mi przewidzieć, czy pomysł się sprawdzi. Ostatecznie poratował mnie Krzysiek Traczyk podsyłając właściwy arkusik. Teraz mogłem już ponaklejać ściegi srebrnych kropeczek na kawałek plastiku i sprawdzić jak to się będzie prezentować. Efekt zaakceptowałem.

Nie będąc w stanie rozwiązać zagadki układu mocowania poszycia na ogonie samolotu przyjąłem zasadę, że większe nity znajdą się na zasadniczych elementach konstrukcyjnych i na łączeniach blach. Dla pozostałych linii przeznaczyłem nity dedykowane do skali 1:48.

 

Nakładanie tych naklejek jest dość żmudnym procesem, ale mało stresującym, ponieważ z góry wiadomo, że nic złego stać się nie może. Najwyżej kilka kropek z linii odejdzie z powierzchni modelu wraz z folią nośną i trzeba je później uzupełniać.

Po uporaniu się z nitami należało zabrać się za pozostałe szczegóły powierzchni samolotu, wymagające dopracowania przed rozpoczęciem prac malarskich. Na pierwszy ogień poszły okolice wiatrochronu. Wytrasowanie linii łączących go z kadłubem wymagało kilkukrotnego szpachlowania klejem CA i przerycia krzywych, zanim udało się to zrobić przyzwoicie. Przebieg tych linii nie miał wiele wspólnego z krawędzią łączenia plastikowych części. Oprócz zwykłych kłopotów towarzyszących takim czynnościom zdarzały się przypadki przebicia wyszlifowanej szpachli wypełniającej nierówności łączenia elementów.

Wreszcie przygotowałem blachę osłonową przykrywającą miejsce łączenia szyby pancernej z kadłubem. Wykonałem ją z tej samej folii, która posłużyła do oblachowania ogona. By uzyskać właściwy wykrój poprzedziłem tę czynność przygotowaniem szablonu z taśmy Tamiya. Uzyskałem go metodą kolejnych przybliżeń, coraz dokładniej docinając kawałek taśmy. Szablon odrysowałem na folii i pozostało już tylko staranne jej wycięcie, naklejenie i nawiercenie otworków imitujących śruby.

Na kawałku folii, z którego wyciąłem blachę osłaniającą front wiatrochronu przyklejony jest przygotowany wcześniej szablon z taśmy Tamiya.

Kiedy robiłem gniazdo fotokarabinu zaniechałem sprawdzenia dokumentacji i odruchowo przyjąłem rozwiązanie typowe raczej dla amerykańskich myśliwców. W Spitfire rzecz wyglądała nieco prościej, przynajmniej z modelarskiego punktu widzenia. Odkładałem ponowną przeróbkę, próbując przekonać samego siebie, że nie warto tego poprawiać, że fajnie wyszło. Teraz, kiedy malowanie modelu zbliżało się już nieuchronnie, takie argumenty straciły na znaczeniu i trzeba było zabrać się do roboty. Brutalnie rozłamałem i rozwierciłem okolice kamery usuwając osłaniającą szybkę i igły imitujące obiektyw. Dla odtworzenia tego ustrojstwa ze Spitfire wystarczy wkleić w nasadę skrzydła metalową rurkę imitującą gniazdo fotokarabinu. Kolejna rurka z igły lekarskiej o mniejszej średnicy wsunięta w to gniazdo zastąpi końcówkę obiektywu.

Podobnej metody postanowiłem użyć do wykonania rur osłaniających lufy Browningów w kesonie skrzydła. Dotyczyło to tylko dwóch karabinów, ponieważ postanowiłem, że jedynie dwa porty wylotowe w skrzydłach pozbawione będą charakterystycznych, rozdartych przez wystrzały naklejek uszczelniających rury osłonowe. Naturalnie wybrałem te gniazda km-ów, które pozbawione będą pokryw.

Sam montaż elementów z igieł lekarskich jest raczej mało odkrywczy i chyba dość oczywisty. Mimo to, dla chętnych, przedstawi go mój wierny Gonzo.

 

Szlifowanie krawędzi natarcia jest nieco uciążliwe ze względu na występowanie materiałów o różnej twardości. Błędy szpachlowania można łatwo wyłapać malując szlifowaną okolicę farbą. W ten sposób jak na dłoni widać rysy i zapadnięcia.

 

Taśma zabezpiecza powierzchnię modelu przed uszkodzeniem w czasie szlifowania. Zielona, jako grubsza, sprawdza się przy bardziej intensywnych działaniach.

Malutka osłonka z igły lekarskiej na poniższym zdjęciu to pośredni efekt działań Marcina Witkowskiego. Planowałem po prostu nawiercić otworek w zestawowej wyprasce, ale kiedy Marcin zrobił tę osłonkę w swoim małym Spicie, zacisnąłem zęby, zeszlifowałem plastikowy element i przykleiłem przyciętą igłę.

 

Uzupełniłem też nitowanie krawędzi natarcia skrzydeł. Na zdjęciu widać naklejone prowadnice nitowadła.

 

Pozostał jeszcze jeden istotny szczegół do rozwiązania. Chodzi o sznurowanie płóciennego pokrycia sterów samolotu. Postanowiłem uzyskać właściwy efekt przez naklejenie pasków kalkomanii na przestrzenny relief imitujący węzły. Tylko jak ten relief uzyskać? Próbowałem nakładać na powierzchnię plastiku kropeczki kleju CA i szpachli, naklejać nity HGW, naklejać cieniutkie pręciki z rozciągniętych ramek, a potem zakraplać je CA lub inną szpachlą, albo odpowiednio przycinać. Niestety, jak widać efekty były co najmniej dyskusyjne.

 

Już nawet nie pamiętam, jaką metodę wybrałem. Wiem tylko, że martwił mnie kłopot z uzyskaniem powtarzalności efektu i to, że ewentualny błąd był w zasadzie nienaprawialny i oznaczał konieczność rozpoczynania od nowa, co przy kilkudziesięciu ściegach sznurowania równało się podjęciu klasycznej syzyfowej pracy. O tym jaką drogę ostatecznie obrałem, opowiem w następnej aktualizacji.

Radosław Jurczyk (zdjęcia: Radosław Jurczyk)

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.