Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Modele Relacje z budowy Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.3

Spitfire MkIIA, 1/48 - aktualizacja cz.3

Email
Spis treści
Spitfire MkIIA, 1/48
aktualizacja cz.2
aktualizacja cz.3
aktualizacja cz.4
aktualizacja cz.5
aktualizacja cz.6
aktualizacja cz.7
aktualizacja cz.8
Wszystkie strony

We wszystkich silnikach Rolls Royce Merlin mieszanka do cylindrów była dostarczana z jednego rodzaju zespołu kanałów dolotowych. Brak tej charakterystycznej kształtki bardzo rzucał się w oczy w moim modelu. By rozwiązać ten problem konieczne było wyrwanie elementów spomiędzy rzędów cylindrów. Jednak zanim się za to zabrałem napisał do mnie modelarz z pytaniem o płytę pancerną za plecami pilota. Zainteresował się dlaczego brakuje jej w kabinie. Pełen niedowierzania popędziłem obejrzeć model. Płyta, owszem była, jednak zamontowałem ją tak, że pomiędzy nią, a osłoną głowy pilota mogła się zmieścić cała seria z Bf 109. Rzeczywiście wyglądało to bardzo źle i bez poprawki obejść się nie mogło. Tym samym liczba elementów do wyrwania z modelu drastycznie wzrosła, zwłaszcza, że, niejako przy okazji, postanowiłem poprawić drążek sterowy - to efekt wizyty zespołu naszego portalu w krakowskim muzeum lotnictwa. Tam miałem przyjemność skorzystać z uprzejmości pana Jana Hoffmana. Być może ujął go widok leżącego na plecach pod Spitfire’em faceta z czcią studiującego szczegóły poszycia centropłata, być może powód był inny, ale z wielkim zaangażowaniem udzielał informacji i pokazywał szczegóły konstrukcji. Możliwość zajrzenia do kabiny i dotknięcia niektórych elementów pozwoliła mi odkryć zasadę działania drążka, w którym ruchoma jest tylko głowica. Ja w modelu wychyliłem na bok całą kolumnę knypla, nie pierwszy raz przekonując się, jak zgubna w modelarstwie bywa rutyna. Przy okazji oględzin samolotu przekonałem się też jaką stratą dla modelarza może być brak możliwości kontaktu z pierwowzorem i ograniczenie się tylko do studiowania dokumentacji.

W tym miejscu pragnę bardzo pięknie podziękować panu Janowi Hoffmanowi za okazaną pomoc.

 

Destrukcję postanowiłem zacząć od kabiny.

 

Drążek przy wyrywaniu przełamał się, ale naprawa nie będzie trudna. Jego wyprostowanie pozwoli odsłonić kurki paliwowe pod deską rozdzielczą.

Potem przyszła kolej na przedział silnikowy. Zanim przystąpiłem do usuwania części, przygotowałem element wzmacniający mocowanie silnika. W centropłacie wywierciłem od dołu otwór w miejscu zamontowania chwytu powietrza do gaźnika. W otwór ten wkleiłem plastikowy pręcik, tak by jego koniec znalazł się w otwartym od spodu kanale gaźników. To usztywniło nieco dotychczasową konstrukcję utrzymującą silnik i dodało mi pewności przed czekającym mnie wyrywaniem i wycinaniem następnych elementów czekających na poprawki.

Po oczyszczeniu przestrzeni ze zbędnych detali trzeba było znaleźć sposób na wykonanie imitacji kształtki dolotu. Odtworzyć oryginału w skali nie mogłem. Model silnika który wykorzystałem zawierał elementy symulujące dolot i zostały one swego czasu już wklejone. To były tylko dwie części znajdujące się w niepożądanych miejscach, ale na wycięcie ich nie zdecydowałem się. Dotychczasowe prace osłabiły konstrukcję nośną silnika i utraciłem przynajmniej jeden z punktów mocowania. Ryzyko zniszczeń było dla mnie zbyt wielkie. W tej sytuacji trzeba było uwzględnić części ICM w moim planie i wymyślić coś, co zasugeruje właściwy wygląd.

Z centropłata wystaje końcówka patyczka usztywniającego mocowanie silnika. Zostanie ona oszlifowana i dodatkowo zasłoni ją chwyt powietrza do gaźnika. Przestrzeń między rzędami cylindrów oczyszczona. Widać szczątkowy system dolotowy do cylindrów zaproponowany przez ICM, który tak pomieszał mi szyki.

Do istniejących pojedynczych dolotów postanowiłem dorobić dziesięć podobnych, by wszystkie cylindry zostały obsłużone. Każdy z nich został uzupełniony o niewielki wypust wykonany z cyny, imitujący podobny element w oryginale. Wypiłowanie takich detali z ramek wlewowych nie nastręcza najmniejszych problemów... Ale dopiero po wypiłowaniu przynajmniej pierwszych trzech sztuk. Potem praca mknie do przodu niemal odruchowo w takt ulubionej muzyki.

Po wklejeniu cały zespół został wymodelowany przy użyciu płynnej szpachlówki. Wprowadzałem ją po kropelce między poszczególne plastikowe klocki. Kropelki szpachli uformowane na końcówce cienkiego, plastikowego patyczka dodatkowo moczyłem w rozpuszczalniku i taką miksturą wygładzałem powierzchnię. Czasem używałem samego rozpuszczalnika. Po wyschnięciu pojawiły się pęknięcia i szczeliny. Te zalewałem rzadkim klejem CA i ponownie szpachlówką lub jej mieszanką z rozpuszczalnikiem. I tak - do skutku.

W tym czasie rozpocząłem też montaż przygotowanych wcześniej elementów osprzętu silnika. Zacząłem od tych, które były niezbędne do zamontowania kanału łączącego sprężarkę z kształtką dolotową. Na łączeniu kanału i kształtki pojawiła się spora, mniej więcej milimetrowa szczelina. Zlikwidowałem ją płynną szpachlówką w opisany powyżej sposób. Na wierzch dodatkowo przykleiłem cienki paseczek taśmy Tamiya imitujący opaskę.

Następnie przygotowałem dwanaście krążków z igły lekarskiej, które miały przedstawiać końcówki świec zapłonowych. Po ich przyklejeniu w tak wykonane gniazda zostaną wprowadzone końcówki przewodów zapłonowych. Oczywiście krążków było jak zwykle więcej. Zapas zawsze się przydaje.

Pojedyncze elementy zespołu dolotowego wypiłowywane z ramki wlewowej i ich przymiarka do silnika.

Pomalowane elementy zostały wklejone i zalane szpachlówką.

Kanał dolotowy połączony ze sprężarką i zespołem przy silniku z użyciem szpachli. Układ gniazd przewodów zapłonowych jest wynikiem uzyskanego kształtu zespołu dolotowego na modelu i, niestety, jest niezupełnie zgodny z rzeczywistością.

Operowanie między ramami konstrukcji nosa jak zwykle nastręczało sporo kłopotów. Oderwana od strony kadłuba górna podłużnica stała się przysłowiowym szczęściem w nieszczęściu. Możliwość jej częściowego odgięcia ułatwiła nieco wszelkie manewry. Jednak naprawdę trudny montaż elementów osprzętu silnika dopiero przede mną.

Kolejny element przedziału silnikowego, którym się zająłem to fragment systemu chłodzenia. Postanowiłem przerobić nieco zbiornik cieczy chłodzącej i dukty wodne biegnące między cylindrami. Konieczne było odpowiednie zaplanowanie konstrukcji elementów tak, by możliwe było ich zmontowanie między wręgami i podłużnicami nosa modelu. Postanowiłem wykorzystać igły lekarskie o różnych średnicach i odpowiednio ukształtowane. Przewody usunięte spomiędzy cylindrów wymagały w tej sytuacji drobnej korekty.

Plan przedstawił się następująco:

 

 

Zbiornik mieszanki glikolu i wody otrzymał nowy wizerunek. Nafrezowałem wnęki na króćce do podłączenia przewodów, a same króćce wykonałem z igieł.

 

 

Usunąłem stary korek wlewowy i dorobiłem nowy z plastikowych pręcików. Odciąłem plasterek odpowiedniej średnicy i starłem go na pilniczku do paznokci do właściwej grubości. W centrum przykleiłem kawałeczek pręcika o mniejszej średnicy, a otworki na obwodzie odcisnąłem igłą.

System odpowietrzenia oparłem na kołnierzu wybitym z taśmy Tamiya, na który przyklejona została opiłowana wcześniej i odcięta od plastikowego pręcika kopułka. Przewód odpowietrzający z cyny.

Na zbiorniczku umieściłem też tabliczkę znamionową. Uzyskałem ją tworząc prostokąt z bardzo cienkich paseczków taśmy Tamiya. Gdy nakleić ją na twardą powierzchnię jak szkło, metal czy plastik – można odcinać od niej paski o szerokości dziesiątych części milimetra. Imitację napisów uzyskałem ‘dziobiąc’ plastik ostrą igłą krawiecką.

Osprzęt zbiorniczka szpachlowałem rzadkim klejem CA.

Nowy korek wlewowy leży obok zbiornika. Czeka go jeszcze lekkie szlifowanie krawędzi i polerka.

Cały zespół wymagał ponownego malowania. Zbiornik prysnąłem metalizerem Humbrol i zabezpieczyłem sealerem Model Master. Złotawy odcień korka uzyskałem dodając odpowiednie kolory do tegoż metalizera. Następnie, mieszając odpowiednie farbki z lakierem bezbarwnym i rozcieńczając je stosownie do potrzeby, końcówką pędzelka retuszerskiego malowałem ślady po rozlanej cieszy i zebrane przez nią zabrudzenia.

 

Ślady eksploatacji, nawet mimo kontrastowego zdjęcia, wydają się być bardzo agresywne. Stracą swą intensywność gdy znajdą się w pełnej barw i treści scenerii przedziału silnikowego. Być może jednak konieczna jeszcze będzie korekta połysku powierzchni zbiornika.

By złapać świeży oddech przed dalszymi pracami w przedziale silnikowym, zająłem się kabiną pilota.

Ostatecznie zrezygnowałem z ryzykownego wyrywania starej płyty pancernej. Takie działanie mogło zniszczyć stelaż fotela i uszkodzić wręgę. Uznałem, że wystarczy tylko przykleić nową płytę na wierzch, a istnienie poprzedniej będzie możliwe do wykrycia tylko w przypadku niezwykłej wręcz dociekliwości widza.

Najpierw zrobiłem pomiary z natury używając odpowiednio przyciętych kawałków papieru, a potem przygotowałem papierowy model. Przycinając nożyczkami łatwo jest go poprawiać, aż do właściwego dopasowania. Potem zostało już tylko odrysowanie makiety na kawałku plastikowej płytki i wycięcie z niej nowej części modelu.

Znaczniki narysowane na papierowych formach były pomocne podczas wymiarowania płyty pancernej. Co dokładnie znaczą, już nie pamiętam – definiują jakiś istotny wymiar, ale ich kształt nie jest przypadkowy. Trapezoidalna forma pozwala wsuwać arkusik w mierzoną szczelinę, tak by zaklinował się w niej w miejscu pomiaru. Jest też gotowa papierowa makieta, wykonana na jej podstawie plastikowa cześć oraz już wklejona i pomalowana płyta pancerna. Odcisk palca zostanie, nie dojrzy go nawet najbardziej dociekliwy oglądacz.

Drążek sterowy po naprawie przełamania pozbawiony został drucików imitujących przewody sterowania. Zastąpiły je nowe, wykonane z cyny, zagnieżdżone w nasadach z igieł lekarskich, które zwieńczone zostały z kolei drucianymi prętami, łączącymi przewody z głowicą drążka.

Ucięta końcówka przewodu sterującego uzbrojeniem znikła w iglanej obejmie. Sztywny pręcik z drucika połączył ją z siostrą bliźniaczką przyklejoną u nasady drążka. Tych objemek przygotowałem trzy. Kiedy spadały na blat roboczy przy próbach przyklejenia odnajdywałem je na ogół z użyciem szkieł powiększających. Z tym, że zawsze miałem na raz najwyżej dwie i wydaje mi się, że po upuszczeniu znajdowałem za każdym razem inną.

 

Nadszedł czas zająć się fotelem. Zanim jednak przejdę do opisu modelarskich działań pragnę powiedzieć parę słów o tym, z czego wykonywano siedzisko. Często można spotkać się z określeniem fotel bakelitowy. Nic dziwnego, skoro na skutek błędu jakiegoś urzędnika w Air Ministry materiał taki znalazł się w instrukcji obsługi Spitfire’a. Tymczasem fotel powstawał z papieru i żywicy. W oficjalnych dokumentach swoich czasów, np. w pismach Ministry of Aircraft Production, nazywany był plastic seat, co w języku polskim dosłownie tłumaczy się jako fotel plastikowy. Pomimo, że materiał użyty w Aeroplastics do produkcji siedziska nie jest plastikiem w dzisiejszym rozumieniu, to takiego właśnie tłumaczenia będę używał w mojej relacji.

Uzyskawszy pełny dostęp do fotela postanowiłem odtworzyć zakładkę pikowanej poduszki zachodzącą na tył oparcia. Widać tego nie będzie, ale użyty drucik pozwolił też wyznaczyć krawędzie zakładki widoczne od strony siedziska.

Zdecydowałem się uzupełnić fotel o charakterystyczne przetłoczenia pozwalające odpowiednio ułożyć w misce siedziska elementy spadochronu i pontonu. Przy czym jako pierwowzór wybrałem mało znaną, wczesną wersję plastikowego fotela z zagłębieniem w kształcie prostokąta przeznaczonym na butlę dinghy. Dopiero po wyprodukowaniu 150 siedzisk tego typu wprowadzono wersję z sześciokątnym obrysem zagłębienia. Trudno mi określić prawdopodobieństwo obecności takiego siedziska w Spitfire P8038. Ramy czasowe są na tyle nieprecyzyjne, że nie sposób tego wykluczyć. Zaryzykowałem więc, by pokazać ten dość niecodzienny element wyposażenia samolotu.

 

Doklejane elementy: drucik z tyłu, blaszka z boku i plastikowe płytki pod fotelem zostały zaszpachlowane przez zalanie klejem CA. Przydała się też szpachla w płynie.

Fotel uzupełniłem również o rzędy nitów. Dostrzec je można w przeróżnych miejscach na plastikowych fotelach. Wiadomo, że produkty te dość łatwo pękały i problemy z wytrzymałością znacznie opóźniły wprowadzenie plastikowych foteli do produkcji. Tej wady nigdy nie udało się do końca wyeliminować i nitowanie było sposobem na naprawę, bądź wzmocnienie foteli.

 

Fotel został ponownie pomalowany. Zrobiłem też cieniowanie przypudrowując wnętrze miski ciemnobrązową pastelą. Półmatowy lakier wypłukał i zmienił położenie pigmentu, ale stało się to w sposób kontrolowany i rzeźba siedziska została delikatnie podkreślona. Po raz kolejny wycieniowałem także skórzane oparcie. Do kolorystyki dodałem szczyptę brązowego, który wraz z jasnym szarym dał efekt przytartej skóry. Tu też cieniowałem pastelami, po czym przepolerowałem oparcie.

Niebieska stopa będzie elementem nośnym wklejonego fotela. Dzięki niej będzie możliwe właściwe jego ułożenie. W misce fotela leżą spłaszczone kawałki cyny, z których wybiłem nity. Nity przy górnych uchwytach fotela powstały z krążków srebrnej folii wybitych igłą lekarską.

Pozostał jeszcze tylko montaż przygotowanych fragmentów wyposażenia kabiny.

Zaczynam powoli dochodzić do wniosku, że aktualizacja bez wyrywania części z modelu byłaby aktualizacją niepełnowartościową. Konieczność taka pojawiła się znowu przy pracach w kabinie i dotyczyła zamocowanego wcześniej, nadmiernie odbiegającego wyglądem od oryginału naciągu pasów pilota. Usunąłem stare linki napinające Sutton Harness. Montując uprząż odciąłem końcówkę części napinającej. Przykleiłem do niej przewód naciągu z drucika w kształcie litery Y. W szczelinę w osłonie głowy pilota wsunąłem koniec pasa zespolonego z całą uprzężą, tak żeby z tyłu wystawał mały jego fragment. Na niego nakleiłem końcówkę z naciągiem. Do naciągu dokleiłem jeszcze pionowy drucik łączący go z poprzeczką na grzbiecie kadłuba. Drucik przedstawia dodatkowy odciąg, który przez pewien czas montowano w Sutton Harness jako zabezpieczenie przed zwisaniem pasa pod własnym ciężarem.

 

Przyszedł czas, by przygotowane wcześniej drobne elementy zamontować w przedziale silnikowym. Trzeba było przygotować się na ekwilibrystyczne czynności związane z dopasowywaniem i przytrzymywaniem klejonych detali. Czasem trzeba było nauczyć się sekwencji ruchów, ażeby weszły w krew i umożliwiły montaż. Bardzo rzadko zdarzało się, że klejoną część wyposażenia można było zwyczajnie chwycić pęsetą i przyłożyć do właściwego miejsca. Na ogół udawało się jedynie wrzucić ją mniej więcej w docelową okolicę i ,o ile wylądowała w akceptowalnej pozycji, pozycjonować ją i dociskać wykałaczkami, igłami lekarskimi, plastikowymi patyczkami itp. Nigdy nie umiałem jeść pałeczkami, ale po tym ćwiczeniu chyba poradziłbym sobie z chińszczyzną bez większego problemu. Dodatkowy kłopot stanowiła konieczność wymyślenia odpowiednich miejsc klejenia. Naturalne punkty mocowania, właściwe dla rzeczywistej konstrukcji, często były zupełnie niedostępne. W konsekwencji elementy łączące, jak kable i przewody w moim modelu pełnią czasem funkcję nośną.

Często trzeba było także zrobić prototypy docelowych przewodów, by po dopasowaniu wymodelować na ich wzór ostateczną wersję.

Ale największym wyzwaniem okazało się przeplecenie przewodów zapłonowych i złożenie zbiornika roztworu glikolu oraz elementów instalacji chłodzącej. Montaż tego ostatniego zespół był szczególnie kłopotliwy. Brakowało bowiem jakiegokolwiek określonego punktu zaczepienia i całość musiałem jakoś tak wybalansować, żeby pięć niezależnych elementów ułożyło się w sposób przypominający chociaż symetrię. Mając silnik na wierzchu i nie będąc zmuszonym do martwienia się o wytrzymałość jego mocowania można te problemy ominąć, przygotowując otworki mocujące, kołeczki itp. Tu, niestety, nie miałem takiego komfortu.

Zanim przystąpiłem do wielokrotnego sprawdzania, dopasowywania i poprawiania położenia zespołu chłodzenia konieczne było jeszcze przeplecenie przewodów zapłonowych. Na silniku pojawiły się obejmy będące końcówkami przewodów zbiorczych biegnących od rozdzielaczy i przelotki z igieł lekarskich. Igły na obejmy dobrałem tak, by zmieściło się w nich sześć przewodów zrobionych z wybranego wcześniej cynowego drucika.

Ponieważ miałem w perspektywie zmagania ze zbiornikiem i duktami glikolu, nie bardzo ciągnęło mnie do dość żmudnego pasowania i przewlekania tych drucików. Spróbowałem zatem wyręczyć się kimś innym. Początkowo napotkałem na pewien opór.

Wystarczyło jednak użyć odpowiedniej argumentacji.

Przewody zapłonowe, jak i inne części pomalowane były przed montażem. Ten jednak sprawił, że tu i ówdzie pojawiły się rysy i otarcia. Wykonałem korekty i dodałem cieniowanie przewodów, by podkreślić olejowe środowisko w jakim przebywały. Intensywnie eksploatowany silnik, któremu nieobce są wycieki oleju, czasem naprawiany, a na pewno regularnie serwisowany, pokrywał się charakterystycznym olejowym filmem zbierającym zabrudzenia. Ten efekt starałem się uzyskać w przedziale silnikowym.

Tu dygresja. Pamiętać trzeba, że silnik samolotu bojowego poddawany jest regularnej, określonej instrukcją obsłudze. W przypadku Rolls Royce Merlin elementy osprzętu silnika oliwiono co dziesięć godzin pracy. Po czterdziestu godzinach pracy dokonywano już poważniejszej ingerencji, jak choćby zdjęcia pokryw zaworowych i serwisu rozrządu. Wszystko to pozostawiało swój ślad na powierzchni silnika, a przecież wymienione powyżej czynności to tylko przykłady z obszernej listy stworzonej dla całej sekwencji przeglądów, zależnej od czasu pracy jednostki napędowej i jej stanu. Czynności te nie pozostają bez wpływu na wygląd przedziału silnikowego. Z jednej strony powodują różne zakłócenia stanu fabrycznego, z drugiej zapewniają przyzwoity, właściwy dla prawidłowego serwisu wygląd silnika .

Wykonując ślady eksploatacji i zabrudzenia na silniku, staram się oddać ten właśnie charakter jego wyglądu. Dlatego zawsze zastanawiam się nad potrzebą użycia danej techniki modelarskiej. Moim założeniem nie jest podkreślenie rzeźby elementów, czy ich wyeksponowanie. Taki efekt często wychodzi sam przy okazji, ale nie jest on celem samym w sobie, ani wynikiem mechanicznego powtarzania tych samych technik. Wolę np. samą końcówką malutkiego pędzelka, obserwowaną pod znacznym powiększeniem nanosić srebrną farbkę, czy patynę wymieszaną z lakierem i oleistą w kolorze farbą, niż stosować szybkie i ogólne w aplikacji modelarskie patenty.

Zmagania z systemem chłodzenia zostały zakończone. Montaż zabrał mi kilka godzin i ponownie mogłem westchnąć do budowy modelu zaplanowanej w sensowny sposób.

Przykleiłem oderwane w trakcie prac końcówki elementów konstrukcji nosowej części kadłuba i tym samym pożegnałem się na dłuższy czas z tematem przedziału silnikowego. Później jeszcze do niego wrócę, by uzupełnić ślady eksploatacji i ewentualnie dopasować je do całości prezentacji modelu. Wtedy też ostatecznie ustalę pozycję silnika, korzystając z możliwości, jakie dadzą mi wspomniany wcześniej mimośród na osi podstawy kołpaka śmigła i odpowiednie przyklejenie kolektorów wydechowych.

 

Przedział silnikowy niemal gotowy. Niektóre elementy, jak np. iskrownik, zawieszone są na przewodach, choć w rzeczywistości było odwrotnie. Cyna użyta do wykonania niektórych połączeń pokryta została mieszanką lakieru półmatowego i dodatków kolorystycznych, by zlikwidować efekt połysku i nowości. Zniknął też nadmierny kontrast zabrudzeń zbiornika chłodziwa.

Zakończenie prac w przedziale silnikowym oznaczało konieczność zabezpieczenia tej przestrzeni przed rozpoczęciem dalszej działalności. Maskowanie wykonałem metodą zbliżoną do pokazywanej kiedyś przez Andrzeja Ziobera przy okazji budowy modelu Lancastera. Tam dominował problem ochrony delikatnych elementów. U mnie konstrukcja jest dość toporna, ale metoda umożliwia dowolne kształtowanie powierzchni nierozwijalnych bez nadmiernych naprężeń taśmy maskującej, co pozwala zminimalizować efekt odklejania się maskowania.

Najpierw taśmę Tamiya pociąłem w cienkie paski i przykleiłem je wzdłuż elementów konstrukcji. Powstałą siatkę uzupełniłem o kilka dodatkowych papierowych wręg, jako że kratownica nosa Spitfire’a jest mocno ażurowa i nie zapewnia wystarczającego podparcia maskowaniu. Na tak przygotowaną bazę naklejałem przycięte na oko kwadraciki taśmy, układając je z grubsza na wzór dachówek, czy rybiej łuski. Miejsca, gdzie przyklejone czworokąty wykazywały tendencje do odklejania się, wzmocniłem płynnym maskolem. W ten sposób powstała całkiem sztywna powłoka zachowująca nadany kształt, nawet mimo późniejszej ingerencji w postaci niekontrolowanych nacisków przy manewrowaniu modelem i pozwalająca nie martwić się o stan przedziału silnikowego aż do etapu malowania. A zanim ten nastąpi trzeba jeszcze przecież wykonać cały szereg czynności związanych z przygotowaniem różnych części płatowca.

Kolejne etapy maskowania. Cienkie paski przylegają do konstrukcji kadłuba stosunkowo dużą częścią swej powierzchni, co zapewnia dokładne przyklejenie. Z kolei same paski mają większą powierzchnię, niż lica wręg i podłużnic, co umożliwia solidniejsze przyleganie zewnętrznej powłoki maskowania.

Pierwszą czynnością ze wspomnianego szeregu było dodanie celownika do kabiny pilota przed zamontowaniem wiatrochronu.

Model celownika refleksyjnego MkII wykonałem już wcześniej mając za bazę żywiczny produkt Quickboost. Jednak, spojrzawszy na niego krytycznym okiem, postanowiłem dokonać kilku poprawek. Nie zachwyciło mnie dopasowanie szybki ekranu, a soczewka w korpusie też źle wyglądała - to była po prostu kropla lakieru wpuszczona w wyfrezowany i pomalowany na srebrno korpus. Tym samym, miast wypukłego menisku ze szkła, miałem srebrną, błyszczącą miseczkę. Jak to poprawić?

 

 

 

Soczewka projektora jest w oryginale lekko wypukła. Zależało mi, by efekt ten widoczny był w modelu. Chciałem też, żeby łapała światło wyraźnie odbijając je w kierunku oka obserwatora, dając mu choć szansę na to, by jego spojrzenie wyłowiło ten detalik z gąszczu różnych drobnych elementów nagromadzonych w okolicy celownika. By to osiągnąć, zamiast jedynie lekko wypukłego elementu, wykonałem solidny, przejrzysty pryszcz. Na zdjęciach pokazujących wielokrotne powiększenia wygląda to oczywiście zwyczajnie źle. Jednak w rzeczywistości trudno jest oku zdefiniować tę półtoramilimetrową półkulkę, a blik światła łatwiej znajduje do niego drogę.

 

Przy okazji tematu szkła celownika pozwolę sobie na uwagę. Otóż decydując się na ekspresyjny zabieg, podobny do opisanego powyżej, należy liczyć się z ryzykiem rozminięcia się z celem. Może zdarzyć się, że efektem będzie zwrócenie uwagi na nieprawidłowość kształtu elementu, zamiast na precyzję jego odwzorowania. To jednak zweryfikować można dopiero w skończonym modelu i tylko poprzez rzeczywisty kontakt z minirepliką, gdzie szczegół ukaże się w otoczeniu całości. Fotorelacja zawsze pokaże nieprawdę!

W trakcie prac nad celownikiem często zaglądałem do dokumentacji, by konfrontować wyniki ze zdjęciami. Zapadł mi w pamięć obraz kabiny, w której przewód celownika zwinięty był w pętlę, by nie utrudniał obserwacji instrumentów. Trudno jest teraz jednoznacznie określić jak długi był ten przewód i czy długość ta była zawsze taka sama. Kabina była niewielka, celownik tuż pod ręką i ewentualna wymiana żarówki w locie nie pociągała za sobą konieczności montażu niekończącego się kabla. Ale sam fakt zauważenia pętelki sprawił, że uświadomiłem sobie, iż nie spotkałem się dotąd z modelem, w którym by przedstawiono tak oczywisty element, jak zakończony wtyczką przewód celownika. Nie potrzebowałem większej zachęty. Taki szczególik, rzadko spotykany w prezentacjach modelarskich, zawsze wywołuje na widzu wrażenie i często jest ono niewspółmierne do nakładu pracy potrzebnej do jego wykonania. Przecież taki przewód z wtyczką to najprostsza rzecz, jaka może być, a bardzo skutecznie sugeruje niezwykłą dbałość o szczegóły. Wtyczka wpinała się w gniazdo pod stelażem celownika i w takiej konfiguracji rzecz byłaby zupełnie niewioczna. Postanowiłem zatem, że u mnie przewód będzie zwisał swobodnie. W tym układzie pętelka ma istotne znaczenie. Podobnie jak szklana kopułka w celowniku, zwiększa szansę, że element w ogóle zostanie zauważony. Tym lepiej, że udało się znaleźć zdjęcie potwierdzające prawdopodobieństwo jej występowania w rzeczywistości.

 

Teraz już można było przystąpić do montażu zespołu celownika. Za obejmę mocującą korpus do stelaża posłużył pasek z taśmy Tamiya, po przyklejeniu usztywniony klejem CA i odpowiednio pomalowany. Na końcach obejmy znalazły się imitacje śrub mocujących z przyciętego drucika cynowego 0,25.

Na zdjęciach widać, że okrągły ekran celownika został wymieniony na delikatniejszy, wykonany z cieńszego materiału.

W ferworze prac umknął mojej uwadze drobny szczegół. Zapomniałem o czymś, co pozwoliłby utrzymać się pętli na zwisającym przewodzie celownika. Przed zmontowaniem zespołu rzecz byłaby banalnie prosta, ale teraz wszelkie przeplatanie drucików, czy taśmy, by imitować obejmę groziły urwaniem części, co zresztą potwierdziły przeprowadzone na boku próby. W tej sytuacji zacisk zrobiłem z kilku elementów. Kolejno, od boku, frontu i drugiego boku, przykleiłem bardzo drobno przycięte kawałeczki taśmy Tamiya tworząc rodzaj litery C, którą później pomalowałem na srebrno licząc, że uzyskam efekt metalowej obejmy. Detal ten jest tak mały, że ceowniczek zupełnie zatraca swoje niedoskonałości i obecność pętli na przewodzie zyskała swoje fizyczne uzasadnienie.

Nawet na powiększeniach trudno jest wypatrzeć zwisający przewód celownika zakończony wtyczką. Tym większe znaczenie zyskuje pętla poprawiając ekspozycję detalu.Czerwona strzałka wskazuje na przyklejoną do łebka zapałki drobinę taśmy Tamiya. Tej wielkości składowe posłużyły do wykonania obejmy na zwoju przewodu celownika.

Praca nad otwartymi przedziałami samolotu została niemal ukończona. Zatem przyszedł czas, by zająć się dopracowaniem zewnętrznych powierzchni płatowca. Pierwszym krokiem było oczywiście przyklejenie osłony kabiny, choć może słowo oczywiście nie zostało dobrane najszczęśliwiej. Można łatwo zauważyć, że montaż tych osłon często bywa niemal ostatnią czynnością wykonywaną przez modelarzy przy pracy nad modelem. Taka kolejność niesie za sobą duże ryzyko i nie najlepsze skutki jej zastosowania równie łatwo można zauważyć na skończonych modelach. Różnice kolorystyczne kamuflażu w bezpośrednim sąsiedztwie kabiny i na ramach oszklenia to tylko jeden z problemów, z którym można sobie zresztą jakoś poradzić. O wiele większy kłopot sprawia właściwe dopasowanie osłon. Zdumiewa mnie jak często można spotkać model wykonany starannie i naprawdę na przyzwoitym poziomie z wyraźnymi szczelinami u nasady wiatrochronu przy kadłubie. Pewnie, że trudno jest przełamać się i szlifować szpachlę na ukończonym już kamuflażu . Tym bardziej warto zadbać o wykończenie łączenia elementów, zanim chwyci się za aerograf.

W moim przypadku inna możliwość w ogóle nie wchodziła w rachubę. Przejrzyste części dedykowane były do zupełnie innego modelu i ich dopasowanie z założenia było tylko zgrubne, choć wystarczająco dobre, by do łączenia użyć kleju CA. Nakładany krok po kroku i dozowany bardzo oszczędnie nie stanowi zagrożenia dla przejrzystości oszklenia. Szczeliny wypełniłem szpachlą zmieszaną z farbą w kolorze wnętrza na wypadek, gdyby szpachlę można było dojrzeć od wewnętrznej strony osłon.

Okienka zamaskowałem taśmą z gotowych szablonów. Te również nie były projektowane do moich szyb, ale zwykle takie szablony i tak traktuję jako wstępne modele i z kawałków wykonanych na ich bazie lub odciętych od nich samych sztukuję maski. Tak też uczyniłem tym razem.

Teraz już pozostało szlifowanie, polerowanie, zmiana uszkodzonych masek, próbne malowanie i tak do skutku.

 

 

Kiedy wnętrze kabiny pilota ukryło się bezpiecznie pod maskowaniem, mogłem przystąpić do ukształtowania powierzchni kadłuba. Ogon Spitfire'a pokryty był blaszanymi panelami łączonymi na zakładkę. Ten sposób wykonania poszycia chciałem odtworzyć w modelu. Postanowiłem spróbować wykorzystać w tym celu taśmę klejącą, wykorzystywaną dawnymi czasy do łączenia arkuszy kalki technicznej. To dość mocna plastikowa taśma z charakterystyczną warstwą kleju, nadającą jej szary, matowy kolor. Tylko jak podejść do tego ogona?

Do rozwiązania był przede wszystkim problem wykonania paneli dostępowych na niektórych blachach.

 

 

 

Łączenie blach z taśmy miało wyglądać tak:

Natomiast elementy z panelami dostępowymi według tej zasady:

Prace rozpocząłem od wykonania prób na fragmencie niepotrzebnego modelu. Zachęcony wynikami zacząłem oklejać kadłub Spitfire’a, oczywiście nie od razu na gotowo. Trzeba było nauczyć się zachowania taśmy, wypracować odruchowe, właściwe działanie dłoni i palców, wreszcie dobrać odpowiednie narzędzia. To wszystko nastąpiło jednak dopiero po zeszlifowaniu siatki nitów naniesionej kiedyś przy użyciu nitowadła.

Wycięcie z taśmy panelu dostępowego wyglądało źle, dlatego trzeba było zastosować sposób pozwalający zachować relief wypraski, a jednocześnie zapewnić uskok zakładki. Ten efekt zapewnić miał pasek taśmy przy widniejącej na kadłubie cyfrze 1. Na zdjęciach widać próbne klejenia

Tu już pasek i panele klejone na gotowo i poszpachlowane. Widać, jak rozwiązałem problem z panelem dostępowym w tylnej części ogona. Przy okazji zrobiłem gniazdo przelotowe anteny IFF. Współśrodkowo sklejone igły lekarskie imitować mają bakelitową tuleję, przez którą przewleczony był drut. Dodatkowo ten element znacznie ułatwi montaż anteny.

Nie oklejałem całego ogona. Przedtem chciałem upewnić się, że po pomalowaniu szpachlowanie będzie bez zarzutu. Niestety nie było i trochę zmartwiłem się, że swoje eksperymenty na starym skrzydle modelu Łosia zakończyłem bez warstwy farby.

Na zdjęciu wszystko wygląda bardzo dobrze. Jednak w naturze nawet gołym okiem można było dostrzec cieniutką kreskę szczeliny, jaka utworzyła się na styku paska taśmy i szpachli. Przejścia szpachli w powierzchnię wypraski też nie były idealne.

Moja wiara w skuteczność pomysłu uległa nieznacznemu tylko zachwianiu i postanowiłem uratować ideę, a przede wszystkim model, przez zamianę szpachli modelarskiej na klej CA licząc, że wzmocni on krawędź taśmy i zapobiegnie rozwarstwieniu.

Kadłub przygotowany do kolejnej próby malowania. Taśma została zerwana, a szpachla zeszlifowana. Odpowiednie krawędzie nowych paneli z taśmy zostały podlane klejem CA, a na to znowu nałożyłem warstwę łatwiejszej do szlifowania szpachli. Widać też kolejne poprawki w miejscach styku osłony kabiny z kadłubem.

Tym razem natryśnięta farba ukazała lepszy efekt, jednak wciąż nie dość dobry. Niestety, rozwarstwienie nadal było widoczne, mimo zastosowania cyjanoakrylu. Mój sposób na kadłub z pokryciem na zakładkę okazał się być nic nie wart.

Na szczęście w tym samym czasie Wojtek Fajga rozpoczął eksperymenty z oklejaniem modeli różnymi metalowymi foliami samoprzylepnymi. Blacha, która sama się przykleja? To musi być coś dla mnie. Przesyłka od Wojtka z próbkami folii była już w drodze, gdy ja zabrałem się za usuwanie z kadłuba mojego modelu śladów zupełnie nieudanej działalności.

Poprzedni fragment relacji można było właściwie zupełnie pominąć. Chciałem jednak pokazać, że nie wszystkie pomysły i podejmowane próby w modelarstwie muszą prowadzić bezpośrednio do sukcesu. Czasami trzeba liczyć się z pomyłką i wejściem na ścieżkę prowadzącą donikąd. Eksperyment z taśmą przeprowadziłem na modelu, mając pełną świadomość łatwości zlikwidowania jego skutków w przypadku porażki. Oczywiście zakładałem, że pomysł się sprawdzi, ale, gdyby nie wspomniana świadomość, na pewno próby na skrzydle Łosia posunąłbym zdecydowanie dalej.

Tymczasem przyszło mi wykonać nowe łączenia na zakładkę z użyciem samoprzylepnej folii miedzianej i aluminiowej. Ostatecznie do modelu wykorzystałem tę drugą. Była cieńsza i przez to lepiej nadawała się do imitacji blachy poszycia.

Tym razem w różny sposób ponaklejane na skrzydło testowe blachy pomalowałem kontrolnie farbą. Dzięki temu dowiedziałem się, że mój pomysł naklejania paneli nie ma racji bytu. W założeniu cięcie nożem naklejonych już paneli wzdłuż linii podziału miało podkreślić zakładkę. Rolę tę spełniałby cień, jaki pojawiłby się w szczelinie. Może i miałoby to jakiś sens w przypadku użycia taśmy plastikowej, ale przy zastosowaniu tej z aluminium efekt wychodził wręcz groteskowy. Zrewidowałem szybko swoje nastawienie. Podkreślanie zakładek okazało się być ślepym torem. Przecież w skali 1:1 są one nieomal niezauważalne i trzeba podejść blisko do samolotu, by je dostrzec. Dlaczego w takim razie na modelu miałyby jako pierwsze rzucać się w oczy? Przecież zupełnie naturalna jest konieczność zbliżenia się do modelu, by zobaczyć sposób montażu paneli. W dodatku, blacha na zakładkę oglądana z niewielkiej odległości pozostanie nadal realistyczna, będąc po prostu sobą. Czyli... właśnie blachą na zakładkę.

W tej sytuacji trzeba było nieco skorygować sposób przygotowania i klejenia poszycia.

 

 

 

I tym razem nie obyło się bez ćwiczeń. Naklejałem na model pojedyncze panele, wprawiałem się w prowadzeniu ostrza przy ich cięciu i uczyłem się obrabiać aluminium na modelu. Taśma naklejona na model bardzo się falowała i wyglądała okropnie. Należało znaleźć sposób, by idealnie ją docisnąć. Konieczne też było opanowanie techniki wciskania jej w linie podziałowe np. przy panelach dostępowych i zadecydowanie, gdzie takie wciśnięcie wystarczy, a gdzie taśma musi zostać przecięta.

Panel z samoprzylepnej taśmy aluminiowej zaraz po przyklejeniu.

Gdy wiedziałem już co i jak, rozpocząłem przygotowywanie paneli. Najpierw wykonałem szablony z taśmy Tamiya przycinając je według linii podziałowych na modelu. Na szablonach zaznaczyłem krawędzie, gdzie potrzebny będzie naddatek do zakładki i takie naklejałem na taśmę aluminiową. Następnie wycinałem właściwy panel. W przypadku krawędzi będących krzywymi jako przymiaru używałem taśmy z tworzywa sztucznego stosowanej przez lakierników samochodowych.

Na szablonie strzałkami zaznaczyłem krawędzie wymagające naddatku. Zielona taśma służy za przymiar do cięcia linii krzywych.

Taśmę rozwałkowywałem na modelu obsadką modelarskiego narzędzia, czasem wspomagałem się odpowiednio wyszlifowaną wykałaczką. Trzeba było uważać, by nie używać zbyt ostro zakończonych przedmiotów, gdyż folia jest bardzo miękka i bardzo łatwo jest zrobić niepożądaną rysę - co prawda, przy dobrym dostępie można ją dość łatwo naprawić. Taśma jest wystarczająco plastyczna, by np. zlikwidować nity wykonane nitowadłem właśnie poprzez wałkowanie powierzchni, z tym, że tylko w przypadku, gdy powierzchnia ta ma być malowana. Natomiast odwzorowanie naturalnego metalu wymaga daleko większej ostrożności.

Folia jest tak podatna, że możliwe byłoby ukształtowanie jej na wzgórku izolatora masztu anteny. Jednak ze względu na problemy z zachowaniem geometrii na linii łączenia z osłoną kabiny wyciąłem w panelu nieco za mały otwór. Po naklejeniu powstały rant odciąłem prowadząc ostrze wzdłuż nasady izolatora.

Na foli widać liczne niedoskonałości, ale to tylko różnice w stopniu połysku wyglądające jak rysy. Światło nadmiernie podkreśla też efekt cienia na zakładkach.

W rzeczywistości zagięcia paneli na zakładkach wyglądają mniej więcej tak. Efekt byłby nie do przyjęcia, gdyby wykończenie powierzchni było zrobione w naturalnym metalu. Jednak pod matowym kamuflażem fala na zakładce będzie niemal niewidoczna.

Narzędzia i materiały użyte do oklejania modelu folią aluminiową. W czasie tego procesu szablony naklejone były na podkładkę w odpowiednim porządku, co znacznie ułatwiało organizację pracy.

Oklejając ogon Spitfire’a panelami z taśmy aluminiowej pogodziłem się z koniecznościa kolejnego kompromisu, gdyż przy łączeniu z częścią nosową pojawiła się niezgodność z oryginałem. To oczywiście znów konsekwencja braku solidnego planu na początku budowy. Jednak, miast płakać nad rozlanym mlekiem, lepiej będzie zabrać się za rozwiązanie kwestii nitowania części ogonowej kadłuba.

Radosław Jurczyk (zdjęcia: Radosław Jurczyk)

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.