Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Między Leonardem, a Picassem

Między Leonardem, a Picassem, czyli realizm krótkowidza

Email

Kwestie związane z realizmem wyglądu lotniczych modeli redukcyjnych dzisiaj wywołują chyba najwięcej kontrowersji, a tym samym i dyskusji w środowisku modelarskim - nie tylko w naszym kraju, lecz wszędzie na świecie. Trudno się temu dziwić, skoro realistyczny wygląd modelu to główny czynnik oceny jego wartości w każdym konkursie. Spróbujmy uporządkować znaczenie słowa realizm w modelarstwie.


Oto kanon niegdysiejszego modelu idealnego. Starannie sklejony i pomalowany. Wszystko podwieszone i wszystko (z wyjątkiem kabiny) zamknięte. Ale dziś to za mało, by podniecić widza, a tymbardziej sędziego / Zdjęcie: Robert Gurzęda

Jeszcze nie tak dawno ze zdefiniowaniem, a właściwie z nakreśleniem jego ram w odniesieniu do modeli plastikowych, nie było kłopotów. Prawie, jak w dowcipie o koniu (który, jaki jest, każdy wie). To samo z realizmem – realizm to... realizm. Problem wyłonił się w chwili, gdy zaczęliśmy otwierać kabiny i luki eksploatacyjne w modelach samolotów bojowych. Już wtedy rozpętała się burzliwa dyskusja, czy model współczesnego samolotu bojowego może mieć np. otwartą komorę silnika i jednocześnie uzbrojenie podwieszone pod skrzydłami. Oczywiście, że nie może, gdyż taki wygląd przeczy realizmowi sytuacyjnemu. Powstał dylemat, bo gdy zespół napędowy był ukryty pod pokrywami i nie można było zajrzeć do wnętrza przedziału silnikowego, to traciło się punkty w ocenie sędziowskiej. Jeśli zaś zrobiło się przedział silnika w pozycji otwartej, to nie wypadało podwieszać uzbrojenia, a tym samym znowu przepadały punkty, tyle że teraz za brak uzbrojenia. Jak nie patrzeć... ogon z tyłu! Po pewnym czasie znaleziono salomonowe rozwiązanie i przyjęto, że pylony uzbrojenia i luki bombowe należy prezentować jako puste, z jedną bombą lub pociskiem rakietowym podwieszonymi dla przykładu.

Opisany wyżej kompromis stanowił bodajże pierwszy przejaw rozluźnienia rygoru realizmu wyglądu modelu na rzecz wizualizacji jakiegoś aspektu sytuacyjnego. Później - to już było tylko kwestią czasu - pojawiły się modele porozbierane tak bardzo, iż zyskały obrazowe miano modelarskiej pornografii. Mają one oczywiście spore grono przeciwników, lecz ich głos przeszedł w rzężenie konającego, ponieważ zbyt wielu utalentowanych modelarzy (również i w Polsce) zasmakowało w tej perwersji. Można by złośliwie powiedzieć, że najgłośniej krzyczą i krytykują coraz dalej idącą swobodę w otwieraniu modeli ci, którzy mają trudności z samodzielnym wykonywaniem detali wnętrza. Wszak na zrobienie np. skrzydła odartego z płótna nie pozwoli sobie modelarz, który waloryzuje swe dzieło wyłącznie gotowymi częściami fototrawionymi i zestawami z żywicy (chyba, że akurat ktoś wyprodukował stosowny zestaw). Formułując powyższe stwierdzenie, nie mam na celu dokopać tradycjonalistom, by zwolenników awangardy modelarskiej wynieść na piedestał. Po prostu, im model bardziej rozebrany, tym więcej widać w nim dowodów świadczących, że jego autor opanował sztukę modelarską na najwyższym poziomie. A co za tym idzie, tym większe ma on szanse na konkursowe zwycięstwo. Czysty pragmatyzm, bez podpierania się jakąś modelarską ideologią. Ideologia, jeśli już jej szukać, ma miejsce w świadomym, całkowitym rozluźnieniu pojęcia realizmu we wspomnianym kontekście sytuacyjnym, na rzecz realizmu wyglądu modelu rozumianego jako całość. Oto tym bardziej model jest realistyczny, im więcej ma części imitujących detale prawdziwego samolotu – nawet te, które w pierwowzorze zawsze są ukryte pod płótnem lub blachą płatowca.

Lockheed F-16C Falcon w skali 1:72 w barwach izraelskich. Okopcenia okolicy działka są właściwą formą śladów eksploatacji, ale sposób ich wykonania na tym modelu absolutnie przeczy założeniom realizmu – nawet na zdjęciu widać, że linie podziału blach w zabrudzonym miejscu są czyste jak łza, niczym w sloganie reklamowym. Widać, że modelarz próbował coś zrobić, ale uzyskany efekt końcowy jest raczej marny, świadczący nie tylko o słabym opanowaniu umiejętności plastycznych, ale również o kiepskiej orientacji, jak to wygląda w naturze /Zdjęcie: Robert Gurzęda.

Lockheed F-16C Fight Falcon w skali 1:48 w malowaniu USAAF – oto klasyczny przykład do niedawna dopuszczalnej niekonsekwencji – uzbrojenie podwieszone w komplecie, a luki działka otwarte. Dziś już za taki układ można zarobić sporo punktów karnych. Uzbrojenie modelu lepiej zaprezentować w postaci tzw. wystawki, pylony pozostawiając nieobciążone bombami i pociskami rakietowymi, co dodatkowo pozwala na pokazanie zamków podwieszeń i gniazd instalacji do zrzutu i odpalania pocisków / Zdjęcie: Robert Gurzęda

Zbliżenie na przednią sekcję Lockheeda F-16C Fight Falcon w skali 1:72. Model z otwartymi lukami awioniki nabiera bardziej agresywnego wyglądu, ale odgięty na bok dziób zawsze psuje ogólne wrażenie estetyczne i choć pod względem autentyzmu wszystko jest OK, to sędziowie irracjonalnie niechętnie odnoszą się do takich asymetrii / Zdjęcie: Robert Gurzęda

Żeby uciąć w zarodku zbędne dyskusje w prasie modelarskiej, tudzież polemiki w Internecie, od razu powiem, że pomysł otwierania modeli nie jest mój, acz z pewnością swój udział w jego propagacji mam spory, i to nie tylko na krajowym forum. Dlaczego akurat zawziąłem się, by co jakiś czas wracać do tematu swobodnego otwierania modeli? Ano dlatego, że uważam, iż dziś jest to najlepsza metoda nie tylko osiągania sukcesów konkursowych, ale nade wszystko znakomita szkoła rozwijania umiejętności manualnych i wiedzy o budowie samolotów. Z tak postawioną tezą chyba nikt nie będzie chciał specjalnie dyskutować. Z drugiej zaś strony, gdybym wprzódy nie wyjaśniał jak rozumieć lub jak interpretować współczesne pojęcie modelarskiego realizmu, za chwilę, gdy przyjdzie mi omawiać współczesne koncepcje realistycznego malowania, mógłbym być posądzony o coś w rodzaju rozdwojenia jaźni.

Oto bowiem w aspekcie zawężonym li tylko do malowaniu modeli, realizm staje się pojęciem, rzekłbym, sensu stricte, z jednym wszakże wyjątkiem. Tym wyjątkiem jest dopuszczalność używania wszelakich technik malarskich (z artystycznymi włącznie), byle złudzenie na koniec było tak znakomite, że widz patrzący na model będzie dostrzegał w nim samolot... tyle, że trochę pomniejszony przyjętą skalą wielkości.

Ażeby obrazowo nakreślić współczesne wymagania malarskie stawiane modelarzom wymyśliłem idiom realizm krótkowidza (może się przyjmie!?). Brzmi nieco pretensjonalnie, ale odzwierciedla konieczność patrzenia na bryłę samolotu jakby z perspektywy prawie że wodzenia nosem po załamaniach płótna i wklęsłościach blachy. Każdy kto choć raz spróbował czegoś w rodzaju odwrotnego porównania i przyrównał bryłę swego modelu do np. jego muzealnego pierwowzoru (patrząc nań z bliska) z pewnością dojdzie do wniosku, iż oryginał w tym porównaniu sprawia wrażenie... wysoce niestarannie wykonanego! Na liniach nitów pojawiają się jakieś delikatne załamania blachy, a powierzchnie aerodynamiczne, gładziutkie na modelu, na oryginale są często gdzieś tam z lekka pozałamywane. Nikt jednak do niedawna głowy sobie tym nie zawracał, bo np. w siedemdziesięciodwukrotnym pomniejszeniu takie wygładzenie powierzchni jest zjawiskiem absolutnie naturalnym. Ba, jeśliby próbować coś majstrować z gładkością powierzchni modelu, to wyjdzie nam z tego en passant nie tyle model precyzyjnie odwzorowany, co... niestarannie opiłowany i oszpachlowany. Znaleźli się jednak modelarze, których ów realizm krótkowidza chyba strasznie męczył po nocach, bo zaczęli szukać rozwiązania na coś, co w samym założeniu przypomina pozornie problem kwadratury koła. Jak wykonać autentycznie gładką powierzchnię, ażeby wyglądała tu i ówdzie na odrobinę wypukłą, a gdzie indziej na lekko wklęsłą. Z pomocą przyszły sztuki plastyczne i fakt, że już dawno temu wielu się to udało z powodzeniem tak ogromnym, iż zyskali artystyczną nieśmiertelność. Przecież tytułowy Leonardo namalował na kawałku płótna Giocondę z wszelkimi damie przysługującymi wypukłościami, a nawet więcej, zrobił to tak, że nie tylko widzimy na obrazie kobietę, ale gdy przechodzimy obok, ta łypie na nas zalotnym okiem. No i ten słynny, tajemniczy uśmiech do kompletu! A wszystko to, przypominam, na bezwzględnie płaskim płótnie! Mimo, że doskonale wiemy, że obraz jest płaski jak blat stołu, to i tak widzimy krągłości owej słynnej matrony. Z pewnością nie każdy modelarz to potencjalny mistrz Da Vinci, ale niektórzy potrafią tak pomalować model, wykorzystując odcienie jednego koloru, że światło na skądinąd gładkiej powierzchni modelu - obserwowanej pod różnymi kątami - łudząco załamuje się na nieistniejących liniach nitów i drobnych nierównościach w miejscach mocowania blach do konstrukcji szkieletu. Ta technika malarska wymaga jednak – oprócz oczywistego talentu i wyobraźni plastycznej – aerografu dającego bardzo wąski promień rozpylanej farby i co najważniejsze, umożliwiającego nakładanie niezwykle cienkich (wręcz przeświecających) warstw. Wymaga również stosowania szmatek polerujących i napylania, a następnie nacierania powierzchni suchymi barwnikami. Malowanie w takim przypadku przestaje być zwyczajnym pryskaniem farbą i zaczyna funkcjonować jak... malowanie obrazu. I to obrazu aspirującego do sztuki określanej mianem hiperrealizmu. Innymi słowy to, czego nie da się odwzorować fizycznie z uwagi na ograniczenia skali pomniejszenia, próbuje się dzisiaj osiągać dzięki efektom malarskim, rozumianym już jako działanie z użyciem artystycznych technik.

Grumman F4F-3 Wildcat w skali 1:48. Takie otwarcie, to dziś najbardziej klasyczna forma prezentacji wnętrza modelu. Tyle, że klasyczna znaczy również bardzo opatrzona / Zdjęcie: Robert Gurzęda

Lockheed P-38L Lighting w skali 1:48 – wykonanie delikatnych imitacji zacieków wymaga sporej finezji / Zdjęcie: Robert Gurzęda

MiG-21F-13 w skali 1:72. Imitacja metalicznego pokrycia ewoluowała od srebrzanki do malowania kaloryferów poprzez metalizery do folii Bare Metal. Gdzieś po środku tego łańcucha ewolucji było malowanie różnymi odcieniami aluminium. W dobie folii ambitny zawodnik nie zaryzykuje już tej metody naśladowania metalicznego pokrycia. Inna sprawa, że na MiGach nigdy tak wielkich różnic w odcieniach srebrnego nie można było zaobserwować, ale kiedyś to się strasznie wszystkim podobało / Zdjęcie: Robert Gurzęda

Nie ma w tym ani odrobiny przesady, choć niektórzy z pewnością po przeczytaniu powyższego tekstu wystąpią w roli Niewiernego Tomasza. Niedowiarkom radzę więc wybrać się np. na któryś z włoskich konkursów lub do Hiszpanii, bo tam artystyczne modelarstwo rozwija się chyba najbujniej. Dla pozostałych, gotowych uwierzyć na słowo, mam dobrą wiadomość – tak malować modele potrafi naprawdę niewielu. Zła wiadomość polega na tym, że stale komuś nowemu udaje się doszlusować do niewątpliwie elitarnej grupy prawdziwych artystów modelarzy. Ale na szczęście jest to zła wiadomość tylko dla miłośników modelarskiego hobby z bardzo wysublimowanymi aspiracjami. Większość nadal będzie sobie robić wszystko po swojemu. I dobrze - niech każdy cieszy się światem własnych dokonań. Że czasami ten świat jawi się bardziej w formie zbliżonej do ekspresji drugiego wielkiego mistrza, Pablo Picasso, i niewiele z realizmem wyglądu modeli (w kontekście kolorystyki) ma wspólnego, to już inna bajka. Najlepszym przykładem owej, chciałoby się rzec, abstrakcyjnej ekspresji twórczej, która momentami staje się swoistym manieryzmem, jest tzw. brudzing modelu. Określenie dość koszmarne, ale modne w pewnych kręgach, stało się czymś w rodzaju synonimu śladów eksploatacji.

Kolejny MiG-21, tym razem bis... i kolejna modna maniera, polegająca na cieniowaniu linii blach połączeń. Budzi zainteresowanie sędziów pod warunkiem, że autor nie przesadza w kontraście barw i szerokości cienia. Do tego rodzaju efektów wyprodukowano nawet specjalne aerografy / Zdjęcie: Robert Grzęda

Messerchmitt Bf-109G-6 w skali 1:48. Otwarty silnik rodzi dylematy u każdego modelarza - jak go wybrudzić, ażeby nie wyglądał niczym wspomniany w tekście zespół napędowy Malucha, ale też i nie przypominał egzemplarza wystawionego na Salon Paryski / Zdjęcie: Robert Grzęda

Grumman F-14A Tomcat. Ten samolot chyba ostro zakopcił / Zdjęcie: Robert Grzęda

O imitacjach śladów eksploatacji pisze się dużo, wszak dzisiaj trudno sobie wyobrazić, by model zrobiony na samolot prosto z fabryki miał jakiekolwiek szanse w rywalizacji konkursowej. Utarło się, że standardem w każdej koncepcji malowania jest nadanie modelowi przynajmniej odrobiny patyny zużycia. Każdy modelarz ma na to swe własne lub zapożyczone od innych patenty. Powstaje tylko pytanie, czy wszystko, czym modelarze upiększają modele jest uzasadnione i ma jakiś głębszy sens. Pytanie o ów sens eksperymentów malarskich jest tym bardziej zasadne, że jak już wspomniałem, cała technologia malowania zmienia się obecnie dość radykalnie, przez co niektóre przyzwyczajenia w odwzorowywaniu śladów eksploatacji (jeszcze wczoraj modne) zaczynają być odbierane właśnie jako ów wspomniany manieryzm, a przez bardziej rygorystycznych sędziów uznawane są za błąd. Spektakularnym przykładem jest tu źle pojęte naśladownictwo w stosowaniu środków wyrazu artystycznego, służących do kolorystycznego urealnienia wyglądu modeli pojazdów bojowych. Wkładanie wszystkich znanych technik malarskich do jednego worka i czerpanie z nich w sposób absolutnie dowolny podczas budowy modeli samolotów powoduje, że czasami mają one ów nieszczęsny brudzing porównywalny z T-34, wykonanym jako model czołgu po przejściu całej kampanii od Lenino do Berlina!

Patrząc na taki unorany w błocie model można mieć obawy, czy aby jego wykonawca choć raz miał okazję zobaczyć na własne oczy samolot podczas normalnej eksploatacji. Nie ulega wątpliwości, że dążąc do realistycznego odwzorowania kolorystyki modelu, wypadałoby zobaczyć samolot in wild. Oczywiście łatwo tak powiedzieć, gorzej (przynajmniej w niektórych wypadkach) z realizacją, bo kto dzisiaj może obejrzeć wojennego myśliwca po misji, podczas której odbył on walkę z przeciwnikiem. Mamy oczywiście wiele zdjęć historycznych, są i eksponaty muzealne, ale jak z tych klocków ułożyć realistyczny obraz wyglądu samolotu? Może właśnie dlatego mamy obecnie taki wysyp przeróżnych licencja poetica, w mniemaniu wykonawców uatrakcyjniających modele!

O ile wygląd wspomnianych modeli samolotów historycznych niekiedy trudno zweryfikować, o tyle w przypadku samolotów współczesnych nie ma z tym żadnych kłopotów. A jak na ironię, to właśnie one najczęściej padają ofiarą malarskiego zacietrzewienia autorów. Warto czasami posłuchać, co mówią o quasi artystycznych zapędach modelarzy piloci i ludzie z obsługi naziemnej, czytujący modelarskie periodyki i bywający gośćmi konkursów. Dla niejednego twórcy zapoznanie się z miażdżącą oceną jego starań byłoby przeżyciem iście traumatycznym. I tak np. gdy ktoś obsmarowuje lotniczy silnik, kurząc go i pyląc, żeby wyprodukować zacieki oleju, to znaczy, iż jego wiedza w tym zakresie opiera się raczej na doświadczeniach z przechodzonym Maluchem, a nie na wiadomościach związanych z eksploatacją silników lotniczych. Takich podlanych sosem ironii przykładów można by zaprezentować bez liku, jednak przecież nie w tym rzecz, by wyśmiewać się z cudzych starań, lecz aby staraniom tym nadać właściwy kierunek (niekoniecznie zgodny z lansowanymi w niektórych czasopismach modelarskich i na forach internetowych). Jak brzmi ten wniosek? W stosowaniu technik mających na celu wykonanie śladów eksploatacji w przypadku budowy modeli lotniczych warto stosować taką samą zasadę, jak eleganckie kobiety przy doborze biżuterii do sukni wieczorowej – umiar to podstawa elegancji! Otóż to! Umiar mości panowie modelarze!

Andrzej Ziober

[Powyższy artykuł został opublikowany kilka lat temu na łamach Magazynu Lotniczego Skrzydlata Polska. Mam wrażenie, że nawet dziś nie stracił w swej wymowie na aktualności]