Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Jak „otwierały się” modele!

Jak „otwierały się” modele!

Email

Modelarskie mody i trendy, a także gusta i guściuki, które modelarzom młodszego pokolenia wydają się być odkryciem doby Internetu sięgają dużo głębiej w przeszłość, a tak naprawdę towarzyszą modelarstwu od zarania jego dziejów. O ile moda (niekiedy wręcz manieryczna) kształtuje się na ogół pod presją producentów zestawów i modelarskich akcesoriów (sprytnie inicjowana na forach o światowym zasięgu przez zawodowych modelarzy powiązanych z producentami), o tyle nowatorskie style wykonywania modeli z całą pewnością są efektem poszukiwań twórczych, rozszerzających znaczenie pojęcia model redukcyjny, dokonywanych przez modelarzy, którym nie wystarcza zabawa w sklejanie tego, co im proponują firmy modelarskie.

Wydawać by się mogło, że wyróżnianie stylów w modelarstwie redukcyjnym jest abstrakcją powstałą jedynie w wyobraźni tych, którzy usiłują do zwykłego hobby dorobić odrobinę filozofii. Na pozór już sama definicja modelu redukcyjnego nadaje mu tak zdeterminowane ramy, że trudno mówić o jakimkolwiek innym sposobie interpretowania jej, po za jednym, polegającym na dążeniu do owej niedoścignionej wierności względem oryginału. Ale oto okazuje się, że nic innego, jak właśnie determinizm, wyzwala kolejne interpretacje znaczenia słów precyzja odwzorowania.

Ćwierć wieku temu wydawało się nam, że jeśli do perfekcji doprowadzimy umiejętność odzwierciedlenia w określonym pomniejszeniu wnętrza kabiny, zrobimy poprawnie wnęki podwozia (w ówczesnych zestawach producenci na ogół ograniczali się do wykonania w tym miejscu dziur z uchwytami na golenie podwozia), nawiercimy otwory w imitacjach rur kolektorów spalin i w końcówkach luf karabinów oraz działek, a potem wszystko poprawnie pomalujemy, to taki model będzie już dziełem absolutnie doskonałym. Szybko jednak okazało się, że wspomniane wyżej czynności, acz poprawiające w znaczący sposób walory estetyczne modelu, wcale jednak nie zamykają listy możliwości uszlachetniania zestawu fabrycznego. Zaczęły się pierwsze, nieśmiałe próby otwierania niektórych luków, jak choćby części osłon elementów zespołów napędowych, czy fragmentów pokrycia płata w miejscach, gdzie w prawdziwym samolocie mamy silniki i przedziały uzbrojenia. Poczynaniom tym było jeszcze daleko do koncepcji otwartego wnętrza, ale niewątpliwie tu należy szukać początków prawdziwego modelarstwa redukcyjnego! Przy okazji warto przypomnieć, że to wcale nie producenci detali z żywicy i blaszek fototrawionych stworzyli ten nowy aspekt estetyki wyglądu modelu plastikowego. Pierwsze otwarcia wnętrz nie miały nic wspólnego z tym, co zwykliśmy obecnie nazywać zestawami do waloryzacji, te bowiem pojawiły się dużo później i były niejako odpowiedzią na zapotrzebowania hobbystów, którzy wprawdzie chcieli mieć coś ekstra w niektórych modelach tworzonej przez siebie kolekcji, jednak z różnych względów nie byli w stanie zrobić tego samemu!

Fragmenty samolotów (tu kabiny w skali 1:12) wytworzone jako w pełni niezależne zestawy miały w zamyśle producentów stanowić osobny rodzaj kategorii modelarskiej (zdjęcie: via ESCI).
Przykład modelu bardzo pootwieranego. Autor sprytnie wybrnął z dylematu pokazania wnętrza bez rezygnacji z przedstawienia głównych elementów malowania i oznakowania. Podzielenie modelu na części i zaprezentowanie ich jakby w postaci dioramy montażowej pozwoliło na uniknięcie posądzenia o brak realizmu całej kompozycji (zdjęcie: Andrzej Ziober)

Styl otwartego modelu miał swą genezę mniej więcej w tym samym okresie wszędzie tam, gdzie prezentację i zarazem propagowanie nowości umożliwiały konkursy modelarskie. Dzisiaj trudno powiedzieć, kto imiennie był prekursorem wykonywania otwartych wnętrz modeli plastikowych, nie mniej panuje opinia, że inspiracją dla tej koncepcji był rynkowy tryumf jednego ze sztandarowych wyrobów Matchboxa, a mianowicie owych maleńkich metalowych modeli samochodów (tzw. resoraków) z otwieranymi drzwiami, klapą silnika i bagażnikiem. Z pewnością twórcy tej niegdyś popularnej zabawki nie mieli pojęcia, że wywoła ona tak wielkie reperkusje w lotniczym modelarstwie plastikowym!

Mniej więcej w połowie lat 1990. popularność zyskały zestawy części umożliwiających robienie konwersji, a krótko później żywiczne i fototrawione detale niektórych elementów wnętrz modeli. Od tego czasu model z otwartym silnikiem, kabiną i lukami uzbrojenia zaczął funkcjonować jako standard. Taki bowiem model bardziej odpowiadał wspomnianej na wstępie koncepcji wierności w stosunku do oryginału. Dopiero wtedy model redukcyjny zaczęto utożsamiać z określeniem mini replika. Upowszechnienie tej koncepcji miało również swoiste reperkusje w mozolnym tworzeniu prestiżu modelarstwa redukcyjnego w środowiskach zrzeszających ludzi uprawiających uznane już dyscypliny sportów modelarskich. Wymóg wykonywania niektórych fragmentów wnętrza pozwalał odróżnić ocenę modelu redukcyjnego od tzw. statycznej oceny modelu makiety latającej. W dużym uproszczeniu można było powiedzieć, że w ocenie modelu redukcyjnego zasadniczy nacisk kładziony jest na wierność odwzorowania detali, zaś w makiecie na wierność funkcjonowania modelu.

Śmigłowiec VS-300A zrobiony w nietypowej skali 1:20. Wszystkie elementy konstrukcyjne i całe wnętrze modelu pokrywają się z ich odpowiednikami w prawdziwym śmigłowcu. Tu z pewnością można mówić o mini replice (zdjęcie: via Fine Scale Modeler).

Kolejny etap rozwoju modelarstwa redukcyjnego kojarzony jest z wylansowanie stylu, który roboczo można by określić mianem: wierność na zewnątrz i wierność wewnątrz. O ile ten pierwszy element został szybko zaakceptowany przez zdecydowaną większość modelarzy i podchwycony przez producentów, o tyle druga faza (pełne wnętrze) rozwijała się znacznie wolniej. Mimo działań mających na celu rozpropagowanie koncepcji zwanej strip down poprzez produkcję ciekawych zestawów (najczęściej początkowo w limitowanych seriach) dostarczających elementów mniej lub bardziej realistycznie odwzorowujących całe wnętrze, modelarze początkowo niechętnie podejmowali próby wykonywania modeli w takim formacie. Niewielką popularnością cieszyły się zestawy fototrawione w wersji strip down wyprodukowane przez Eduarda mimo, że w połączeniu z licznymi klasycznymi zestawami plastikowymi otwierały drogę nowatorskim formom wykonawczym. Również w sensie statystycznym furory nie zrobiły tamiyowskie zestawy w dużej skali, pozwalające na wykonanie modelu odartego z pokrycia. Analizując podłoże niepowodzeń wprowadzenia na rynek modelarski zarówno dużo mniejszych (i jednocześnie nieskończenie bardziej uproszczonych) fototrawionych strip down jak i ich wielkich odpowiedników, można uznać, że w obu przypadkach istotną rolę czynnika ograniczającego odegrała konieczność legitymowania się bardzo wysokimi umiejętnościami i profesjonalnym warsztatem. Wspomniane zestawy były adresowane do doświadczonych wykonawców, ci zaś nie znajdywali dostatecznej satysfakcji w poskładaniu takiego modelu. Większość z nich wolała zająć się samodzielną waloryzacją, albo wręcz budową modeli od podstaw.

Nie zyskały również aprobaty zestawy do sklejania fragmentów modeli. I tak w latach 1980. kilka firm podjęło próbę uruchomienia bardzo elegancko wykonanych kabin współczesnych samolotów bojowych. Zastosowanie nietypowej skali 1: 12 miało na celu wyróżnienie czegoś w rodzaju nowej klasy modeli. Niestety nic takiego nie powstało. Uczestnicy konkursów nie podchwycili pałeczki i koncepcja producentów umarła śmiercią naturalną. Wszystkie te niepowodzenia nauczyły wytwórców, że lepiej ograniczyć się do szybkiego wprowadzania na rynek łatwych do montażu gotowych elementów (na które jest już zapotrzebowanie), a inicjatywę kreowanie stylów budowy modeli należy pozostawić modelarzom, którzy usiłują stworzyć coś nowego w imię starej zasady wierności względem oryginału!

Po zamknięciu obu połówek kadłuba całe to misterne wnętrze można już tylko oglądać na fotografiach. Jego wykonanie przedłużyło budowę modelu o kolejny rok pracy (zdjęcie: Andrzej Ziober).
Model Junkersa G-23w gdy powstał i został po raz pierwszy pokazany publicznie w Londynie wywołał ogromny szok zarówno u sędziów, jak i uczestników konkursu. U nas w kraju zaś zyskał początkowo epitety: niesamolotowy, przykład robienia rogala z okruchów bułki, wynaturzenie prawdziwego modelarstwa itp. Dziś ta koncepcja ma wielu naśladowców i nikt o zdrowych zmysłach nie próbuje jej deprecjonować (zdjęcie: Andrzej Ziober).

Mimo, iż wspomniane próby wylansowania modelarskich nowości nie przysporzyły sukcesu (czytaj istotnych zysków) wytwórcom gotowych zestawów, nie znaczy to, że nie odegrały żadnej roli w tworzeniu kolejnego stylu wykonawczego. Otóż nie trzeba było długo czekać, by na wielkich europejskich konkursach pojawiły się pierwsze modele z pełnym wyposażeniem wnętrza kadłuba. Dzisiaj już śmiało można powiedzieć, że zaczęła się nowa era w modelarstwie redukcyjnym. Może jeszcze modele robione w ten sposób nie są tak popularne jak ich poprzednie wersje, ale w końcu nie każdego stać na wielomiesięczne dłubanie przy częściach, których po zamknięciu połówek modelu nikt już nie zobaczy, o ile wykonawca wcześniej nie zrobił stosownej dokumentacji fotograficznej. W początkowej fazie upowszechniania tego stylu, oprócz zwykłych oporów natury psychologicznej (robimy coś, czym nie można się pochwalić) czynnikiem hamującym jej wprowadzanie okazali się... sędziowie. Środowiska sędziowskie cechuje swoisty konserwatyzm niezależnie od kraju, w którym dane jest im działać. Nie należy tego oczywiście pojmować jako próby podważania autorytetu sędziowskiego, nie mniej wysoce znamiennym wydaje się być fakt, że spośród znanych mi modelarzy z międzynarodowymi osiągnięciami nikt nie potrafił podać przykładu, w którym to sędziowie odegrali rolę animatora zmian wprowadzanych do zasad oceny modeli, w celu upowszechnienie modelarskiego nowatorstwa. Otóż sędzia zmuszony jest postrzegać model w specyficzny sposób – jest on dla niego zbiorem elementów rozłożonych na czynniki oceny. Jeśli w modelu jest coś, co nie mieści się w wykazie części podlegających premiowaniu, to sędzia tego fragmentu modelu po prostu nie widzi! Z tych to powodów lansowaną przez modelarzy nową interpretację zasady zewnętrznej i wewnętrznej wierności wszędzie hamowały przepisy regulaminowe pozwalające na ukazywanie wnętrza jedynie poprzez integralne otwory luków eksploatacyjnych. W wielu krajach za całkowite otwarcie modelu nie tylko nie przyznawano punktów dodatnich z tytułu wkładu pracy, lecz wykonawcę karano punktami ujemnymi za rzekomy brak zachowania tzw. realizmu wyglądu! Ponieważ modelarze dość konsekwentnie walczą z sędziowskim konserwatyzmem, dzięki temu znaleziono wiele sposobów obejścia niektórych regulaminowych ograniczeń. Realizowano je np. pokazując model w postaci dioramy montażowej lub w czasie przeglądu, albo w formie dioramy katastroficznej, czy wreszcie w postaci egzemplarza wystawowego. Robiono tak dopóki sędziowie nie przyzwyczaili się do widoku różnych form modelarskiego striptizu. Z czasem przyszła pora na bardziej śmiałe odsłony. Pełną swobodę rozwoju tej koncepcji modelarskiej dał dopiero Internet. Globalna sieć pozwala bowiem prezentować model również na etapach jego budowy i dzięki temu zanika wspomniana wyżej niechęć do robienia czegoś, czego nie można po zamknięciu modelu pokazać. Bo w dobie gdy prawie każdy modelarz ma możliwość prezentacji swej pracy on line od momentu otwarcia pudełka z zestawem części do ostatniego szlifu, model niejako funkcjonuje już w dwóch odsłonach, najpierw tej szczegółowej wirtualnej, a potem w tej ostatecznej - rzeczywistej.

Strip down z zestawu Eduard. Liczne uproszczenia wyglądu modelu wynikają z ograniczeń, jakie narzuca technologia fototrawienia. Gdy jednak dokona się jego kompilacji z jakimś zestawem klasycznym, można osiągnąć zadziwiający efekt wizualny (zdjęcie: Andrzej Ziober).
Imponujący model SE 5A z zestawu Tamiya. Prawie wszystkie jego elementy wykonane są z takich samych surowców jak detale oryginalnego samolotu. Zestaw imponuje precyzją i kompletnie załamuje ceną. Ponadto mimo nieporównywalnego (nawet z najlepszymi modelami plastikowymi) bogactwa różnych części jest on w środowiskach modelarskich odbierany tylko jako składanka. Stąd w ocenach sędziowskich mimo maksymalnej punktacji za poziom trudności wykonania, nota za wkład pracy (rozumiany w kontekście indywidualnej pracy modelarza) zawsze wynosi zero punktów. W tym przypadku fabryczna dokładność zestawu paradoksalnie stała się jego wielką wadą (zdjęcie: Andrzej Ziober).

Dzisiaj już nikogo nie dziwią modele fragmentarycznie odarte z blach lub płótna, pokazujące szczegóły konstrukcji skrzydeł i kadłuba. A właściwie trzeba to powiedzieć inaczej – w dalszym ciągu wywołują zdziwienie, lecz już najczęściej tylko w kontekście podziwu nad umiejętnościami wykonawców! Tak oto jesteśmy świadkami upowszechnienia się nowego stylu w modelarstwie redukcyjnym, ściśle nawiązującego do prezentacji niektórych samolotów muzealnych. Jak to zwykle z nowościami bywa, miał on oprócz wielu zwolenników również i zdeklarowanych przeciwników. Ci ostatni są już jednak w odwrocie. Wprawdzie niektórzy nadal szermują argumentem, że odsłonięcie sporej części blach w celu ukazania wnętrza, kłuci się z realizmem wyglądu modelu, ale któżby ich słuchał, skoro taki właśnie model wzbudza największy podziw u oglądających go ludzi. Zatwardziałym przeciwnikom tej koncepcji trzeba jednak oddać sprawiedliwość. Po za nielicznymi wyjątkami, jest to wysoce umowna postać modelu, bowiem rzadko zdarza się, że samolot ze wszystkimi wymalowanymi insygniami ma jeszcze nie dońca pokryty szkielet. Nie ulega jednak wątpliwości, że taka dowolność w prezentacji modelu już znalazła wielu naśladowców i propagatorów, bowiem nie tylko przyjęła się i funkcjonuje, ale przede wszystkim stwarza nowe pole do popisu dla wykazania się modelarskimi umiejętnościami. Ten drugi aspekt jest niewątpliwie najważniejszy!

Tekst: Andrzej Ziober

Zdjęcia: Andrzej Ziober, ESCI, Fine Scale Modeller

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.