Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Piotruś Pan, czyli modelarstwo w mediach

Piotruś Pan, czyli modelarstwo w mediach

Email

 

[Poniższy artykuł został opublikowany kilka lat temu na łamach Magazynu Lotniczego Skrzydlata Polska. Mam wrażenie, że nawet dziś nie stracił w swej wymowie na aktualności]

Jakiś czas temu w paśmie regionalnym telewizji publicznej wyemitowano magazyn modelarski zatytułowany Skala Historii – cykliczny program dla miłośników modeli plastikowych. Coś w mediach ruszyło i popularyzacja pasji, której wielu z nas od lat poświęca najlepsze godziny życia doczekała się swoich piętnastu minut (raz w tygodniu) na antenie. Jednakże cykl ten, jak niespodziewanie znalazł się w ramówce, tak równie szybko z niej zniknął. Można powiedzieć, było – minęło, i po sprawie. Niestety, nie jest po sprawie, bowiem program o tematyce modelarskiej rodzi się raz na kilka (jeśli nie kilkanaście) lat i używając telewizyjnego żargonu, wyczerpuje temat medialnie. Znaczy to ni mniej, ni więcej tylko tyle, że po emisji cyklu będzie musiało upłynąć sporo czasu, by ktoś mógł zrobić jego kolejną, miejmy nadzieję, tym razem dokończoną wersję.

Pozwalam sobie przytoczyć przykład z jednego tylko odcinka tegoż programu. Przed kamerą siedzi sobie sympatyczny pan i opowiada o swej modelarskiej pasji. Mówi z werwą, a kamera błądzi po dziesiątkach kolorowych modeli w tle. Obrazkom tym towarzyszy ścieżka dźwiękowa przytoczona dosłownie (...) wszystko zaczęło się na świecie od skali 1:72 i ja też zacząłem od skali 1:72. Raz, że dla początkującego modelarza jest to chyba najlepsza skala. .... Dużo łatwiejsza do malowania ... Zaczyna się od malowania pędzlem, a ta skala przyjmuje spokojnie malowanie pędzlem nawet na poziomie wyczynowym, co też nie zawsze godzi się z tym, o czym piszą w gazetach, ale można pomalować rzeczywiście nawet na wyczynowym poziomie model samym pędzlem (...) i dalej taki oto tekst (...) to jest generalnie zabawa dla dzieci, dopiero później staje się zabawą dla dorosłych (...)
Poszło w eter i ludzie przed telewizorami, w tym również i ci nie mający bladego pojęcia o modelarstwie, dowiedzieli się z programu, że to fajna zabawa. Owszem jest to fajna zabawa, nawet dla całej rodziny, ale problem w tym, że to nie tylko jest fajna zabawa. Na pokazanie tej drugiej strony modelarstwa autorom zabrakło taśmy w kamerze. I tak zostało!

Potęga masowego przekazu
Każdy, kto w środkach masowego przekazu zabiera głos na tematy modelarskie musi zdawać sobie sprawę, że właśnie uczestniczy w kształtowaniu opinii publicznej o polskim modelarstwie i modelarzach. Musi wiedzieć, że jego wypowiedź zaważy na wizerunku modelarstwa przede wszystkim u tzw. przeciętnego widza, czytelnika lub słuchacza, bowiem program telewizyjny, reportaż radiowy, czy artykuł prasowy ma oddziaływanie daleko większe, niż prasa specjalistyczna, która jak wiadomo ma możliwość wpływania na opinię tylko określonej, zainteresowanej tą tematyką grupy czytelników.
Rodzi się pytanie dlaczego modelarstwo redukcyjne w naszym kraju nie ma odpowiedniej siły przebicia po za wspomnianą prasą specjalistyczną, chociaż dysponuje wszelkimi ważkimi argumentami, jak walory edukacyjne i kształtowanie osobowości!

Sami jesteśmy winni
Otóż z pewnością przyczyniają się do tego sami modelarze, czego dowodem jest choćby cytowany wyżej przykład ścieżki dialogowej (mam na myśli jej wydźwięk merytoryczny, nie zaś rwącą się składnię). Inne, niestety o wiele bardziej spektakularne przykłady takiej modelarskiej autodeprecjacji można odnaleźć w internecie. Wystarczy wejść na strony poświęcone modelarskiemu ABC. Znajdziemy tam, oprócz konkretnych wiadomości, takie pokłady dezinformacji, że strach to czytać - niestety propagowaniem modelarstwa zajęli się również ludzie, którym brakuje wiedzy na temat, ale nie przeszkadza im to z zapałem mówić i pisać, gdzie tylko się da.
To jednak nie jedyny powód, dla którego modelarstwo (i to nie tylko redukcyjne, ale wszelkie jego odmiany) tak rzadko gości w mediach codziennych mimo, że polscy modelarze jakże często osiągają spektakularne sukcesy międzynarodowe. Z oczywistych względów mogę odnieść się tylko do sfery modelarstwa redukcyjnego, wszak temat ten jest mi najlepiej znany. Wprawdzie ja akurat nie mam powodów do narzekań (gdyż statystycznie rzecz ujmując, dość często bywam zapraszany na wywiad w poznańskiej prasie i telewizji lokalnej), jednak wynikające z tej współpracy z kolegami po piórze doświadczenia kreślą jakiś absolutnie infantylny obraz postrzegania modelarza przez dziennikarza prasy codziennej.

Powielarnia stereotypów
Dawno już nauczyłem się, że pierwszą sprawą, którą należy wyjaśnić przyszłemu autorowi wywiadu, jest przedstawienie różnic pomiędzy modelem sklejonym z dobrze mu znanego z półek sklepowych pudełka, a wystawowym modelem redukcyjnym. Dopiero to pozwala na nawiązanie konstruktywnego dialogu, ale... wcale niekoniecznie przynosi spodziewany efekt. Oto przykład - po powrocie z włoskiego konkursu kilka godzin spędziłem na rozmowie z dziennikarzem jednego z popularnych tygodników wielkonakładowych. Powstał z tego wywiad nie tyle o mnie, co wartościach modelarstwa, tak bowiem starałem się pokierować rozmową. Treść przedstawiona została mi do adiustacji i po usunięciu kilku drobnych błędów uznałem, że w tej formie może ukazać się w druku. Jakież było moje zdziwienie, gdy w gazecie zobaczyłem coś zupełnie innego, niż tekst dany mi do poprawek. Złapałem za telefon, by odrobinę potrząsnąć autorem. Okazało się, że człowiek nie był niczemu winien, gdyż bez jakichkolwiek konsultacji osoba odpowiedzialna za redakcję wydania doszła do wniosku, że o czymś takim jak modelarstwo nie można pisać w tonie poważnego zachwytu, gdyż wszyscy doskonale wiedzą, że to przecież jakieś, tu cytuję - niegroźne zboczenie. Osobie tej wysłałem kasetę z filmem zrealizowanym przez włoską telewizję RAI o tamtejszych modelarzach i moje własne nagranie z konkursu w Ferrarze. Pan od niegroźnego zboczenia zadzwonił niebawem z przeprosinami – wie pan, panie Andrzeju, do głowy by mi nie przyszło, że na świecie tak to traktują, bo ja wiele lat temu też różne plastikowe samolociki sklejałem, gdy byłem dzieckiem...

Morał z tej opowiastki jest taki, że o tym, jak obecnie jest odbierany modelarz redukcyjny w Polsce decydują ludzie, którzy jako dzieci w latach 70. otarli się o przypadkowy flirt z pudełkiem zawierającym części do montażu plastikowej zabawki. Flirt, jak flirt, niekiedy bardzo emocjonalny, ale zawsze krótki, a wyniesione z niego doświadczenia zupełnie nie przekładają się na współczesne walory modelarstwa redukcyjnego. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie fakt, że tak płytkie pojmowanie modelarstwa redukcyjnego zamyka mu drogę do wielu dziedzin życia, w których mogłoby odegrać całkiem już dorosłą i często nawet ważną rolę.

Wszyscy razem
Do tego, by w Polsce, wzorem społeczeństw zachodnioeuropejskich, na model redukcyjny patrzono jak na dzieło, a nie jak na zabawkę, trzeba wielkiej, wspólnej pracy wszystkich, którzy obecnie zajmują się propagowaniem tej działalności. Czas zmienić to mylne wyobrażenie i wypromować jego właściwą wartość. Dzieło modelarskie u nas też może stać się dziełem sztuki użytkowej. Skoro modele redukcyjne spotykamy w muzeach, dlaczego nie miałyby stać się nawet lekko ekstrawaganckim elementem ozdoby mieszkania - podobnie jak obraz, czy rzeźba. Zdaję sobie sprawę, że przy naszym potocznym (nie chcąc powiedzieć powierzchownym) wyobrażeniu o sztuce użytkowej brzmi to cokolwiek karkołomnie, ponieważ my nadal wolimy w reprezentacyjnym miejscu domu ustawić jakiś bohomaz z dorobioną artystyczną winietką dla snoba, niż np. piękną dioramę w eleganckiej gablocie. Żeby wszystko było jasne, to diorama według Wielkiego Słownika Wyrazów Obcych i Trudnych autorstwa A. Markowskiego i R. Pawelca jest (...) dziełem plastycznym, składającym się z trójwymiarowej makiety... dioramy są często wykorzystywane w scenografii teatralnej, a także jako część wielkich widowisk malarskich (...). Diorama z modelem z pewnością nie bywa częścią wielkich widowisk malarskich, ale nadal jest dziełem plastycznym i bywa niezwykle atrakcyjnym elementem wystroju wnętrz.

Znakomicie wyposażona biblioteka muzeum, pełni również rolę reprezentacyjnego salonu w którym przyjmuje się gości. Na korytarzach muzeum wszędzie stoją i wiszą na ścianach gabloty z modelami samolotów, samochodów i statków, które odegrały ważną rolę w rozwoju myśli technicznej Włoch. Sala ekspozycji lotniczej, zaprojektowana w formie wnętrza hangaru, którego wrota otwierają się ścienny fresk przedstawiający pole wzlotów lotniska lat 20. Wnętrze sali wypełniają gabloty z setkami modeli lotniczych wykonanych na tak wysokim poziomie, że nie powstydziłyby się ich nawet najsłynniejsze muzea lotnicze Europy (zdjęcia Andrzej Ziober).

Takie właśnie wspaniałe wystroje z udziałem dioram oglądałem w wielu krajach, bynajmniej nie tylko w domach modelarzy. Weźmy np. wnętrza wielkich zagranicznych firm, żeby trzymać się tematu, tych związanych z lotnictwem - jakie ozdoby tam stoją? Jakieś nowoczesne pseudoartystyczne koczkodany, czy gabloty z pięknie wykonanymi modelami? Czy pełnią one tam rolę szklanego klocka przykrywającego plamę po kawie na blacie stołu, czy są wysoce elegancką ozdobą pomieszczenia? Czy można sobie wyobrazić, żeby designer (z pewnością wysokopłatny) przygotowujący koncepcję artystyczną tegoż wystroju wstawił do reprezentacyjnego gabinetu coś, co można by uznać za plastikową zabawkę, narażając właściciela tegoż gabinetu na śmieszność? W takie właśnie miejsca z czasem trafiają modele, które wcześniej można było podziwiać w gronie wyróżnionych w konkursach IPMS.
W niektórych krajach, jak np. we Francji i we Włoszech gromadzone latami zbiory modelarskich dzieł sztuki (tak je tam komplementuje prasa) tworzą ekspozycje muzealne, budzące powszechny podziw. Jeden z najpiękniejszych zbiorów znajduje się w Museo del Modellismo Storico w Voghenzie, które to muzeum organizuje nie tylko wystawy dla modelarzy, ale wspaniałe imprezy kulturalno-oświatowe cieszące się znakomitym wydźwiękiem medialnym.



Pałacyk przy Via San Leo w Voghenza. Tu mieści się Museo del Modellismo Storico, duma modelarzy z Ferrary.
Korytarz prowadzi do La sala del’Hangar. W główny holu w muzeum na ścianach wiszą m.in. plakaty i afisze z różnych historycznych pokazów lotniczych, a także pierwszych wystaw modelarskich organizowanych w latach 60. we Włoszech (zdjęcia Andrzej Ziober).

Co by było, gdyby...
Gdyby wytwory polskich modelarzy redukcyjnych zyskiwały prestiżową wartość, być może rewelacyjna kolekcja nieżyjącego już, znakomitego modelarza Edwarda Boniego, trafiłaby do muzeum. Bo tam było jej miejsce! Być może dzisiaj jakiś Jaś Kowalski, który zobaczyłby taką kolekcję, zauroczony jej pięknem, sam zapragnąłby sięgnąć po swój pierwszy model i po książkę lotniczą, by za lat kilkanaście zostać sławnym inżynierem lotniczym lub pilotem Janem Kowalskim. To oczywiście bardzo wyświechtany argument, jak i ten, że ponieważ Jaś nie miał szans zobaczenia takiej kolekcji, to z braku koncepcji na życie, być może za kilkanaście lat stanie się pacjentem na detoksie. Lecz te argumenty są wyświechtane tylko dlatego, że często się nimi szermuje, ale mało co robi konkretnego, ażeby modelarstwo stało się alternatywnym, ale jednocześnie ważnym elementem w procesie kształtowania zainteresowań i gustów młodzieży. Tego status quo nie zmienią apele w prasie lotniczej i modelarskiej. Zmian tych mogą dokonać jedynie telewizja, radio i prasa wielkonakładowa. Niestety tam jednak na razie długa droga modelarstwa redukcyjnego od zabawy, poprzez narzędzia edukacyjne, do sztuki modelarskiej, zacięła się niczym stop klatka, na samym początku - na zabawie.

 

Andrzej Ziober

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.