Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Publicystyka Publicystyka2 Trzy odsłony vintage

Trzy odsłony vintage

Email

Idea vintage nawiązuje do początków modelarstwa redukcyjnego i... dziś jest postrzegana tak samo, jak na początku postrzegano modelarstwo redukcyjne. Wtedy to jedni widzieli w nim jedynie tandetę i infantylizm, inni tylko niegroźną, ale i niezbyt ambitną zabawę, a jeszcze inni już wówczas dostrzegali w nim potencjał niebanalnych wartości. Z vintage może być podobnie. Czym się stanie? To zależy tylko od tych, którzy będą chcieli rozwijać ten pomysł. Mogą mu nadać kształt tandety, mogą zrobić z niego zabawę, a mogą też stworzyć coś wartościowego.

 

Odsłona pierwsza

Vintage – styl, który początkowo zaistniał w modzie. Polega na noszeniu rzeczy z innej epoki albo stylizowanych na takie oraz łączeniu stylów pochodzących z różnych epok. Ubrania z poprzednich dekad albo starsze niż 25 lat są zwykle uznawane za vintage.

Słowo vintage pochodzi z terminologii winiarskiej.

W modelarstwie ten styl zagościł również i chyba już się go nie pozbędziemy. Należałoby jednak zastanowić się, czym jest?

Modelarskie vintage to moim zdaniem bardzo miła odskocznia dla ludzi zmęczonych wieloletnimi dłubaninami w swoich ukochanych modelach. To są modele robione w szybkim tempie, a efekt niezbyt uciążliwej pracy jest widoczny błyskawicznie. Jest to też zielona łączka dla osób wypalonych modelarsko.

I myślę, że bardzo dobrze, jeżeli tylko podejście do tego będzie klarowne. Jeżeli to będzie jedynie relaksacyjna odskocznia, to naprawdę tylko się cieszyć, gdyż każda forma aktywności modelarskiej jest czymś pozytywnym.

Jest tylko jedno małe ale. Niestety, w pewnym momencie pomyślano, że nie tylko można pokazać swoje modeliki, nie tylko można się pośmiać i powspominać, jak to drzewiej składało się do kupy siermiężne, ledwie przypominające protoplastę produkty. Pomyślano, że można z tego zrobić kategorię modelarską. Można startować w zawodach obok normalnych modeli. Absolutnie nie przyszło nikomu do głowy, że to jest co najmniej niekoleżeńskie. Przecież to tak samo, jakby w zawodach pływackich dodać wyścig na 10m, stylem dowolnym, w dmuchanym kole i z zawodnikami powyżej 150kg! Zresztą takich absurdalnych przykładów można by mnożyć. Jednak nikt nie tworzy takich karykaturalnych konkurencji, bo byłaby to oczywista kpina z pozostałych zawodników. W modelarstwie jakimś cudem logika i empatia nie znajdują pola. Poza tym, napęd dla takich idei bierze się z modnej dzisiaj przekory. Cokolwiek spotyka niechęć jednej grupy, nawet, jeśli byłoby w sposób oczywisty tej niechęci godne, zawsze znajdzie się grupa, która się temu sprzeciwi. Co gorsza, kiedy człowiek próbuje wykazać złe strony jakiegoś pomysłu, to zamiast konstruktywnej dyskusji robi się z niego fanatyka lub innego dziwaka. A zagrożenia, wbrew pozorom, są. Bo gruntująca się pozycja vintage, pomimo wzbudzania zainteresowania na zawodach modelarskich, co podobno ma być dowodem na słuszność poczynań - a to nic więcej niż swego czasu zainteresowanie kobietą z brodą, niczego dobrego nie wnosi. Ja rozumiem, że przesadą jest walka o prestiż modelarstwa za każdą cenę i na każdym kroku, ale to jest jawny strzał w stopę. Czy naprawdę dla tak wątpliwej nagrody jak puchar w kategorii vintage, warto mnożyć w naszym społeczeństwie obywateli, którzy myślą o modelarstwie jako o dziwactwie i zdziecinnieniu?

Janusz Bargiel

Odsłona druga

Vintage? Od jakiegoś czasu słowo to pojawia się w pobliżu słowa modelarstwo. Do tej pory wiedziałem o istnieniu takiego terminu tylko dlatego, że występuje on czasami w opisach przedmiotów podczas różnych internetowych aukcji. Czasami je obserwuję w poszukiwaniu ciekawych okazji do zakupu modeli. Ale sądziłem, że ten wymyślony przez winiarzy termin i znaczący tyle co - stary, ale jary, w przypadku plastikowych modeli dotyczy wyłącznie zjawiska kolekcjonowania oryginalnych (nie naruszonych) i możliwie najstarszych zestawów. Ale teraz vintage zaczął być kojarzony z jakimś nowym stylem modelarskim. Czy naprawdę można już mówić, że jest to odrębne, szersze zjawisko? Czy naprawdę jest coś takiego jak vintage, w odniesieniu do stylu modelarstwa? I co to za styl?

Odwiedzając fora modelarskie można się dowiedzieć, że chodzi o nieco nostalgiczną budowę modeli z zestawów zaprojektowanych, a często też wyprodukowanych przed 1985. Jest to podobno rodzaj podróży sentymentalnej w czasy głębokiego PRL, kiedy to nie było ani z czego budować, ani czym malować, nie było dokumentacji, farb, chemii, narzędzi, a modele przywożono zza żelaznej kurtyny i sprzedawano za koszmarnie wielkie sumy pieniędzy, głównie w komisach i na pchlich targach. Taka podróż, oprócz ponoć autentycznej przyjemności czerpanej ze wspomnień czasów młodości przez modelarzy pamiętających tamte czasy, miałaby być również formą swoistej edukacji dla ich dzieci i wnuków, którzy tych czasów nie pamiętają. No dobrze - jako, że swój pierwszy plastikowy samolot skleiłem mając osiem lat (w 1968) - to powiedzmy, że powinienem być potencjalnym adresatem stylu vintage. Tylko że... ja te czasy jeszcze dość dobrze pamiętam.

Tym pierwszym był Karaś (wtedy PZL P.23 nic mi nie mówiło) z firmy Ruch w Kobyłce. Oczywiście na przestrzeni dziecięcych i nastoletnich lat uzbierało mi się sporo modeli produkcji polskiej (miałem chyba wszystko, co dało się kupić) i enerdowskiej - tu głównie pasażery, ale i Tu-2 na przykład. Największy był Tu-114. W latach 70. CSH (Centralna Składnica Harcerska) sprowadzała modele czechosłowackie firmy KovoZavody Prosteyov - w porównaniu z polskimi były super - ale też całkiem spory wybór zestawów Matchboxa, Revella, Hellera i Airfixa. Nie były nawet wcale takie drogie. Pamiętam, że w połowie Gierka butelka Coca-Coli kosztowała 5 zł, a model Matchboxa (mały, jednosilnikowy) kosztował 70 zł. Ciekawostką w tamtych czasach była możliwość kupna modeli nawet w skali 1/32 np. P-51D lub F2F-3 firmy Monogram. Można było też bez problemu kupić farby Humbrola. No w każdym razie przez te kilka lat (wszystkie gwiazdki, imieniny, dni dziecka i inne okazje do prezentów) uzbierałem całkiem sporą półkę tych zachodnich modeli. Oczywiście był kompletny brak tzw. konstrukcji faszystowskich, co w pewnym sensie nawet nie dziwiło. Te kupowało się za rzeczywiście horrendalne sumy właśnie na tzw. giełdach - np. na Skrze, Wolumenie, i nad Wisłą, na Żoliborzu (nie pamiętam, jak się dokładnie nazywała). Aha... zapomniałem o literaturze i czasopismach. Książek mam do dzisiaj jeszcze trochę, i tych grubszych i tych TBiU. A czasopisma to Skrzydlata Polska, Młody Modelarz, Plany Modelarskie i czechosłowacki rarytas L+K. Nie było wcale tak źle, jak to się czasami teraz przedstawia. Owszem, nie było wtedy dzisiejszego rynku dodatków, waloryzacji, konfekcjonowanej przez wyspecjalizowane firmy modelarskiej chemii, czy powszechnie dostępnych aerografów. Ale w niczym to nie przeszkadzało, by z dostępnych materiałów robić świetne modele. Często w niczym nie ustępujące tym współcześnie budowanym. A wybitni modelarze budowali i wtedy modele wybitne, i to również wg dzisiejszych kryteriów oceny. W tym sensie ci wyjątkowi ludzie i ich modele są jak najbardziej vintage. A to, że podeszły, czy może raczej dojrzały wiek zestawów, technik modelarskich, materiałów, a nawet takiż wiek modelarza, nie był i nie jest żadną przeszkodą w budowaniu ambitnych i ciekawych modeli, wydaje się oczywiste i bezdyskusyjne.

Wracając jednak z wyżyn umiejętności, do przeciętnej normalności... Nie mam nic przeciwko porządnie zaprojektowanym i wyprodukowanym zestawom modeli, których debiuty na rynku wypadły kilkadziesiąt lat temu. Ba... próba złożenia ich do kupy - nawet nie wykraczając poza instrukcję, ale z zachowaniem wszystkich realiów epoki (bo o celowości sklejenia ich według współczesnych standardów nawet nie dyskutuję, bo jest oczywista), byłaby może niezłym wyzwaniem i zabawą. Ale już zwyczajne, czyste i poprawne sklejenie ich z zastosowaniem współcześnie dostępnych środków tylko po to, by je wystylizować na lata 70. czy 80. - nie wydaje mi szczególnie ekscytujące. Chyba jeszcze nie ten wiek, by wspominać dzieciństwo.  Ale... po chwili namysłu stwierdziłem - właściwie czemu nie? I mimo, że wielokrotnie pisałem, że dla mnie termin vintage nic nie znaczy, wziąłem udział - trochę z przekory - w projekcie grupowym modelarzy propagujących vintage na jednym z internetowych forów. Wybrałem zestaw monogramowskiego F-4C/D Phantom II, który łapie się w kryteriach wieku w ostatniej minucie, ale nie jest to jeszcze żaden czas doliczony. Pierwsza edycja tego zestawu to 1985 r. Na szczęście mam w magazynie stare zestawy, gdyż kupowałem je kiedyś na zapas. Zwykle jednak kierowałem się ich dobrą jakością, ewentualnie wyjątkowością, tzn. brakiem innych, alternatywnych rozwiązań, a w znacznie mniejszym stopniu - jeśli w ogóle - sentymentem. Chciałem zbudować ten model jednak w sposób jak najbardziej współczesny - by pokazać, że stare modele w niczym nie ustępują nowym i to nie tylko jako wyjściowa baza, bo niektóre bywają od nich lepsze. A że przy okazji zrobiłem model bez zewnętrznych waloryzacji, i że, z wyjątkiem kalkomanii Cutting Edge i pocisków rakietowych Hasegawa, wszystkie części pochodzą ze standardowego zestawu firmy Monogram, i że malowałem go emaliami olejnymi Model Master i Humbrol, czyli takimi jakich używałem 30 lat temu, to można o nim powiedzieć, że jest zupełnie "normalnym" vintage. Choć osobiście nie widzę potrzeby takiego etykietowania.

Nie pokusiłem się jedynie o malowanie pędzlem, bo po tylu latach straciłem już w tym wprawę. Planując prace wykończeniowe, postanowiłem wykorzystać często zarzucaną jako rzekomo nieefektywną i niemodną metodę różnicowania powierzchni przez polerowanie emalii różnymi materiałami polerskimi, pozostawiając model bez końcowego werniksowania lakierem bezbarwnym - poza niezbędnym, miejscowym podkładem pod kalki. I okazało się, że wypukłe linie podziału blach, jakie zaproponował producent zestawu, przy tej metodzie nie są jego wadą. Przeciwnie – stały się one w pewnym sensie nawet jego zaletą.

 

 

I tak krótki flirt z vintage zaowocował, w moim przypadku, ponownym odkryciem zalet jednej z technik modelarskich, którą zamierzam wykorzystywać częściej już jako new tool, oraz osobistą refleksją, że vintage to nie żaden odrębny styl modelarski, tylko suma doświadczeń zebranych na przestrzeni lat przez wielu ludzi związanych z modelarstwem, a które to doświadczenia, wraz z upływem czasu, często nabierają wartości. Jak wino. A że czasami bywają przykurzone, jak zapomniane kolekcje "dziecięcych" modeli...

Krzysztof Traczyk

 

Odsłona trzecia

Nieliczna grupka modelarzy wpadła na pomysł, by ożywić wspomnienie atmosfery początków polskiego modelarstwa redukcyjnego i wymyśliła klasę vintage. I co? I spadły na nich gromy - oto bowiem modele vintage swą obecnością w konkursach i festiwalach modelarskich mogą nawet kompromitować całe polskie modelarstwo redukcyjne. Ten argument - można by rzecz - to najcięższa artyleria, tyle, że strzelająca do... komara! Bo jeśli już posługiwać się orężem kompromitacji, to niejedna nieodpowiedzialna, złośliwa, czy zaczepna wypowiedź zaprezentowana w Internecie bardziej służy tejże kompromitacji środowiska modelarskiego, niźli kilka modeli zrobionych ze starych zestawów metodami sprzed 25 lat...

Ale pomińmy złośliwości i przyjrzyjmy się samemu zjawisku vintage. Bynajmniej, nie jest to wcale jakiś oryginalny wymysł grupki krakowskich modelarzy budujących plastikowe modele samolotów z zestawów produkowanych w początkach rozwoju krajowego przemysłu modelarskiego. Moda na budowę modelarskich staroci swą genezą sięga nawet czasów wcześniejszych, niż definiowane przez vintage 25 lat! Już w latach 1980. podczas dorocznych zlotów mistrzów sportu modelarskiego odbywających się w Ośrodku Szkolenia Kadry Lotniczej APRL w Lesznie do tradycji należała wystawa modeli, gdzie, oprócz prezentacji ówczesnych najlepszych i najnowocześniejszych modeli lotniczych wszystkich kategorii FAI, prezentowano także repliki przedwojennych modeli latających wykonane z wielką pieczołowitością z wykorzystaniem oryginalnych dokumentacji i z materiałów wówczas stosowanych. I, uwaga – te modele uczestniczyły w specjalnie dla nich zorganizowanym konkursie, gdzie oceniano wierność odwzorowania i ich lot! Toż to, można by rzec, klasyczny przykład vintage! I na dodatek zlot takich latających vintage’owców obywał się nie gdzieś na boku i po cichu, lecz podczas najbardziej prestiżowego spotkania modelarzy lotniczych, jakie można było sobie wtedy wyobrazić. Wszak zaproszenie na imprezę dostawali wyłącznie zdobywcy pierwszych miejsc zawodów modelarskich i najbardziej utytułowani modelarze lotniczy naszego kraju. I jakoś nikomu nie przeszkadzało, że wśród tych najnowocześniejszych modeli pojawiło się również coś, co mieściło się już jedynie w lamusie historii modelarstwa lotniczego. Nie tylko nie przeszkadzało, ale te swoiste modele retro budziły ogromne zainteresowanie, bo nawet najstarsi mistrzowie sportu modelarskiego nie pamiętali czasów przedwojennych modeli szybowców i gumówek budowanych z bambusa i krytych szyfonem. Wszyscy nowi mistrzowie mieli jedyną w swoim rodzaju okazję dotknąć – zarówno w przenośni, jak dosłownie – kawałka historii modelarstwa, a rywalizacja latających modeli retro budziła tak samo wielkie emocje, jak rekordowe loty nowoczesnych na tamte czasy modeli szybowców, gumówek i silnikówek.

Powyższy przykład przytaczam jedynie po to, żeby uświadomić przeciwnikom inicjatywy vintage, że podejście do zjawiska budowania i publicznego prezentowania modeli z dawnych zestawów niekoniecznie musi sprowadzać się do synonimu bylejakości. Bylejakość w modelarstwie też bowiem nie jest wynalazkiem vintage’owców. Byle jak zrobione modele, nawet z zestawów ze znaczkiem Hi Tech, można spotkać podczas każdej imprezy modelarskiej, a zdjęcia takich modeli można zobaczyć na niejednym forum. Co więcej, w wirtualnej przestrzeni publicznej można znaleźć niejeden model prezentujący się o wiele gorzej, niż niektóre modele vintage. Tylko, że wtedy taki autor nie-vintage’owej szkarady nierzadko tłumaczy się, że on przecież robi modele dla zabawy, a nie po to, żeby się przy nich męczyć. A takie wytłumaczenie Internauci przyjmują jakoś bez szemrania i zgrozy z powodu możliwej kompromitacji ich ukochanego hobby. Trochę najwyżej pomarudzą, że kółko jest krzywo przyklejone, albo wash zbyt jaskrawy... ale generalnie to spoko, bo wszakże wszyscy robimy modele dla funu!

Dlatego proponuję – podejdźmy do idei vintage bez emocji i zastanówmy się, co można z niej wyciągnąć ciekawego, a może nawet i korzystnego. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasuwa, jest takie samo, jak w przypadku wspomnianych wyżej modeli retro. Dzięki eksponatom vintage można zobaczyć kawałek dawnej historii modelarstwa i przekonać się, jak wielkiego kroku dokonało modelarstwo redukcyjne w technologiach wykonawczych i w sposobach prezentowania modeli na przestrzeni ćwierćwiecza. Ale jednocześnie, odpowiednio dobierając modele do prezentacji vintage, można przekonać się, że wiele wynalazków technologicznych, którymi dziś szczycą się uznani liderzy tej dziedziny modelarstwa, stosowano w praktyce dużo wcześniej, nim wymyślono Internet i fora modelarskie. To tylko kwestia odpowiedniego doboru modeli i... rzetelnej wiedzy o tym, jak dawniej je robiono. Tyle, że z tą rzetelną wiedzą o ówczesnym modelarstwie redukcyjnym u przeciwników vintage jest jakby lekko na bakier. Przynajmniej u tych, którzy za podstawowy wyróżnik stosowany do oceny tego zjawiska przytaczają prymitywne wykonanie modeli. Mam w tym momencie na myśli modele zrobione z zestawów, a nie zestawy jako takie, bo te, faktycznie, w porównaniu z jakimiś Wingnut-Wingsami, lub najnowszymi wyrobami Tamiyi wypadają koszmarnie.

Jakoś tak się składa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto w ramach wspomnień o dawnym modelarstwie redukcyjnym opowiada koszałki-opałki o malowaniu wilbrami i powszechnym wieszaniu modeli na żyłkach wędkarskich nad telewizorem. Tu przypominam, że vintage dotyczy modeli sprzed ćwierćwiecza. Może w takim razie przypomnijmy sobie, co naprawdę 25 lat temu działo się w tym modelarstwie, a potem cofnijmy się jeszcze bardziej? To był rok 1986, w którym odbyły się już trzecie oficjalne Mistrzostwa Polski w kategorii lotniczych modeli redukcyjnych, zwanej F4IAD.

Pierwsze oficjalne Mistrzostwa Polski Lotniczych Modeli Redukcyjnych odbyły się w Kaliszu w 1984. Dwa lata później miały taką popularność, że trzeba było zorganizować najpierw półfinały osobno dla Polski północnej i południowej / Zdjęcie: archiwum autora via Kronika klubu Miniaturka w Kaliszu (msk)

I już tylko dwa lata dzieliły nas od Mistrzostw Państw Socjalistycznych – największych międzynarodowych zawodów modeli redukcyjnych, jakie zorganizowano w historii modelarstwa naszego kraju. Tak, tak – mimo Żelaznej Kurtyny największych, gdyż nigdy później nie udało się na żadną polską imprezę modelarską ściągnąć tylu najwybitniejszych modelarzy zagranicznych, co wtedy. Innymi słowy, czas tego, co dziś określamy mianem vintage to jednocześnie dekada niezwykle bujnego rozwoju tej dziedziny modelarstwa, a nie jakiegoś śmiesznego sklejactwa i malowania wilbrami! Jeśli komuś modelarstwo tamtego okresu kojarzy się z dziadostwem i prymitywizmem wykonania, to jest w wielkim błędzie. I, najzwyczajniej, brakuje mu wiedzy o historii polskiego modelarstwa redukcyjnego.

 

Cztery historyczne zdjęcia jako przykłady modeli zaprezentowanych podczas Mistrzostw Polski w klasie F4IAD / Zdjęcie: archiwum autora via Kronika klubu Miniaturka w Kaliszu (msk)

Oczywiście cała masa ludzi kleiła wówczas modele prosto z pudełka na tyle dokładnie i starannie, na ile pozwalały im środki jakimi dysponowali. Ale przecież i dziś najwięcej jest takich modelarzy. Jednak w tamtym czasie prawdziwym symbolem modelarstwa redukcyjnego i jednocześnie tym, co pozwoliło to hobby nazwać OFICJALNIE mianem MODELARSTWA (a nie, jak wcześniej - kolekcjonerstwa) były najczęściej bardzo skomplikowane przeróbki zestawów robione samodzielnie, bez pomocy gotowych elementów waloryzacyjnych.

Kolejne historyczne dziś zdjęcie, które ukazało się w prasie lotniczej ponad ćwierć wieku temu. Ten model został wykonany w 1983. Był zaawansowaną konwersją popularnego NRD-owskiego zestawu Mi-1 w skali 1:100. Zdobył wiele nagród w różnych krajach. Ostatni raz wystawiony do konkursu 22 lata później - w 2005, podczas Mistrzostw IPMS Hellas w Atenach w klasie modeli śmigłowców zdobył I miejsce / Zdjęcie: Anna Pilarska

Przeróbki wymagały nie tylko kunsztu modelarskiego, ale i ogromnej inwencji w poszukiwaniu rozwiązań technologicznych – inwencji w samodzielnym poszukiwaniu, bo wtedy ani gazet modelarskich, ani, tym bardziej, Internetu nie było. Wśród modelarzy starszego pokolenia krąży taki złośliwy dowcip:

– Co robił dawniej statystyczny modelarz, gdy chciał poprawić błędy zestawu?

– Szukał metody, jak to zrobić.

– A co dziś robi statystyczny modelarz, gdy napotka taki sam problem?

– Siada do komputera i szuka w Internecie firmy, która za niego zrobi stosowne dodatki waloryzacyjne!

Przytaczając tę złośliwostkę chcę powiedzieć, iż można zaryzykować twierdzenie, że niejeden model z tamtego okresu jeszcze dziś mógłby się obronić w konkurencji z modelami budowanymi współcześnie. Oczywiście taki model nie wygrałby już prestiżowych zawodów, ale niejednemu współczesnemu wykonawcy zrobienie modelu na poziomie najlepszych modeli z lat 1980. sprawiłoby sporo kłopotu, a dla niektórych poziom tamtego modelarstwa jest nadal nieosiągalny, mimo że dziś dysponujemy nowoczesnym sprzętem, wysokiej jakości zestawami i, co najważniejsze – swobodnym dostępem do modelarskiej wiedzy technologicznej. Z tego powodu doradzałbym sporą ostrożność w lekkim kojarzeniu idei vintage z prymitywnym modelarstwem. To oczywiście pociąga za sobą także spore wyzwanie dla propagatorów tej klasy modelarskiej. Czy potrafią mu sprostać – to już pytanie nie do mnie.

Koncepcja vintage opiera się na podziale na trzy grupy modeli:

1.VIN-ORT – vintage ortodoksyjny – wykonywanie modeli ze starych zestawów w ich oryginalnej formie, która ma ukazywać ich ówczesny poziom produkcji.

2.VIN-FREE – vintage freestyle – wykonywanie modeli ze starych zestawów z zastosowaniem wszelkich możliwych środków, by stworzyć z nich model redukcyjny, czyli obraz rzeczywistości pomniejszony w skali.

3.VIN-ORG – vintage original – stare modele oryginalnie wykonane w czasach przed 1985.

Z mojego punktu widzenia najciekawszą jest grupa trzecia. Dzięki vintage original otwiera się bowiem niezwykle interesująca możliwość przywrócenia do życia publicznego dawno już zapomnianych modeli, które niegdyś wzbudzały podziw i, poprzez pokazanie ich młodemu pokoleniu, zachęcenie do poznania prawdziwej historii polskiego modelarstwa redukcyjnego.

Ktoś czytający te słowa może pomyśli – staremu facetowi zebrało się na nostalgiczne wspomnienia młodości. Nie, moi drodzy, nie o to chodzi. Pisząc te słowa mam na myśli coś zupełnie innego. Otóż przedinternetowa historia polskiego modelarstwa ma zapisane piękne karty, z których również młode pokolenie może być dumne.

Lata 1980. to także pierwsze zagraniczne sukcesy polskich modelarzy / Zdjęcie: archiwum autora

Ta historia to także niezwykłe epizody przygód modelarzy, a przede wszystkim to również piękne wspomnienia o ludziach, którzy tworzyli tę historię. To szansa na przywrócenie pamięci niegdyś genialnego modelarza, którego prace były inspiracją dla wszystkich zajmujących się tym hobby – Jerzego Jabłońskiego, uroczego człowieka i cieszącego się nadzwyczajnym autorytetem sędziego modelarskiego – Edwarda Boniego, wielkiego propagatora modelarstwa i wychowawcy dziesiątków młodych ludzi – Eugeniusza Sobczyka, czy wreszcie pierwszego człowieka z ówczesnych władz modelarskich, który miał odwagę stanąć po stronie modelarzy redukcyjnych wtedy, gdy wszyscy inni uznawali nas za sklejaczy zabawek – Stefana Smolisa – legendarnego sekretarza dawnej redakcji czasopisma Modelarz. Dziś już tych wybitnych ludzi nie ma wśród nas, a pamięć o nich powoli zanika. Można by wymienić jeszcze wiele innych nazwisk modelarzy, których dokonania były wzorem dla następnych pokoleń, a o których już, niestety, zapomniano. Jeśli vintage stanie się w jakiś sposób źródłem inspiracji lub choćby pretekstem do zainteresowania młodego pokolenia historią polskiego modelarstwa redukcyjnego, to już tylko z tego powodu warto twórcom tej koncepcji przyklasnąć.

I wreszcie, na koniec dodam, że owe nostalgiczne wspomnienia młodości nasuwające się podczas oglądania modeli vintage, które u młodych ludzi mogą dziś budzić wesoły uśmieszek politowania, też mają swoją wartość. Ale ten aspekt młodzi zrozumieją dopiero, gdy staną się starszymi. Tym, dziś młodym dedykuję słowa wybitnego modelarza mojego pokolenia, Mieczysława Pietruchy, jakie napisał na stronie IPMS Polska po obejrzeniu ekspozycji vintage w czasie III Festiwalu Modeli w Krakowie:

(...) Wspomnieniom i przypomnieniom nie było końca, aż łza w oku się kręciła wspominając pierwsze wykonane modele metodami jakże innymi od obecnych. (...)

Też kiedyś będziecie mieli swoje wspomnienia z odległej młodości i oby znaleźli się jacyś nowi vintagowcy, którzy Wam je przypomną swymi pracami.

Andrzej Ziober