Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Modele Relacje z budowy Spitfire | 1:33 | Karton

Spitfire | 1:33 | Karton

Email
Spis treści
Spitfire | 1:33 | Karton
Aktualizacja 31.12.2011
Aktualizacja 05.06.2012
Wszystkie strony

 

Modelarstwo kartonowe przez wielu ludzi, szczególnie modelarzy plastikowych, jest postrzegane jako to, w którym idzie się na wiele ustępstw w związku z ograniczonymi możliwościami jego głównego surowca do budowy. Nawet, kiedy te osoby patrzą na model z papieru wykonany na przyzwoitym poziomie, mówią, że mimo wszystko widać, iż to jednak papier...

Jeszcze do niedawna szczytem komplementu, jaki mógł uzyskać modelarz kartonowy, było przyrównanie jego modelu do plastikowego odpowiednika. A przecież i w jednej, i w drugiej odmianie modelarstwa cel jest tylko jeden - zbudować model pomniejszony w skali, odpowiadający każdym elementem pierwowzorowi, a nie modelowi z innego tworzywa. Postaram się zrobić model z papieru i zmienić ten pogląd, bo buduję miniaturowe repliki samolotów, a nie kartonowe modele.


 

Supermarine Spitfire Mk.Ia, model wydawnictwa Andrzeja Halińskiego, projektu Marcinów Grygiela i Dworzeckiego malowaniem i okresem historycznym idealnie pasuje do Hawkera Hurricane'a Mk.I Witolda Urbanowicza, którego mam w swojej kolekcji. Zaraz po Hurricane, Spitfire jest kolejną ikoną Royal Air Force (RAF) okresu II w. św. Mam też nadzieję, że efekt końcowy będzie zbliżony, a nawet lepszy od wspomnianego konia roboczego Bitwy o Anglię. Jak będzie naprawdę? Czas pokaże!

Prace nad nim rozpocząłem chwilę po ukazaniu się modelu na rynku, czyli pod koniec 2010. Nie było to właściwe wycinanie i formowanie części, a raczej zbieranie licznych materiałów na temat samolotu, zapoznanie z jego konstrukcją, elementami charakterystycznymi dla wersji Mk.Ia oraz modelowanie i projektowanie w świecie cyfrowym. W przeciwieństwie do Hawkera Hurricane'a, gdzie wszystkie dodawane przeze mnie elementy rysowałem ołówkiem na papierze na podstawie zdobytych planów, w Spitfirze postanowiłem całość narysować w programie do grafiki wektorowej - Corel Draw. Początkowo szło mi opornie, ale z biegiem czasu wyrobiłem sobie nawyki i tok myślenia, których wymagał ode mnie program. Dzięki niemu mogłem z ogromną dokładnością tworzyć dodatkowe elementy, przeliczać ich wymiary w taki sposób, aby nie mieć problemu z ich późniejszym zamontowaniem w modelu. Szczerze mówiąc sama kabina w modelu jest bardzo uproszczona i nie ma wielu elementów charakterystycznych dla tej wersji samolotu, ale o tym napiszę w kolejnych odcinkach relacji. Również później przedstawię jak bardzo zbiorową pracą jest ten model.

Chciałbym także od razu uprzedzić, że nie będzie to szybka relacja. Poziom skomplikowania modelu, jaki postawiłem sobie za zadanie, wymaga czasu. Stąd także czytanie tego, co tu będę prezentował i oglądanie zdjęć z budowy będzie wyzwaniem dla osób cierpliwie śledzących postępy.

Rozpocząłem od zeskanowania części wycinanki. Mam urządzenie wielofunkcyjne EPSON DX4400 i choć wiem, że nie jest bardzo profesjonalne, to jednak z biegiem prac okazało się być wystarczające na moje potrzeby. Stosowałem tryb skanowania "Profesjonalny" z rozdzielczością 800 dpi. Nie wiem, czy faktycznie trzeba było zastosować aż tak dużą, bo faktem jest, że skany ważyły dość sporo. Jednak dzięki temu uzyskiwałem taką dokładność, że raster zajmował mi cały ekran 21-calowego monitora. To było ułatwienie do późniejszego przygotowywania obrysów poszczególnych części - oczywiście tylko tych, które musiałem wykorzystać, gdyż przerysowywanie całego modelu nie miało sensu. Ewentualne niedokładności skanowania i wydruku pominąłem - przecież do obróbki modelu trzeba także użyć papieru ściernego! W trakcie prac w Corelu wyglądało to mniej więcej tak:

Podczas przygotowań do budowy danego modelu i w czasie pracy nad nim nanoszę notatki oraz poprawki, do wprowadzenia których wykorzystuję zdjęcia archiwalne lub dokumentację. Robię to w zależności od materiału jaki mam do dyspozycji. Zawsze staram się bardzo rzetelnie podchodzić do tematu, co ułatwia mi później waloryzację modelu. W tym przypadku, ze względu na znaczną liczbę dodatkowych części narysowanych w Corelu, musiałem stworzyć prowizoryczną instrukcję montażu. Początkowo sądziłem, że nie będzie potrzebna, jednak po pewnym czasie zapominałem, gdzie którą część należy umieścić i zrobił się bałagan. Typowej instrukcji w technice 3D nie było sensu robić, więc wszystko rysowałem ręcznie.

Ważne było, ażeby zewnętrzny obrys wręgi przewidziany w wycinance zgadzał się z wręgami, które tworzyłem sam. Dlatego robiłem obrys zewnętrzny wręgi ze skanu, natomiast jej wewnętrzną powierzchnię poprawiałem na podstawie zdjęć i dokumentów technicznych. Żadna wręga z wycinanki nie została użyta w sekcji środkowej kadłuba, tej w której było wyposażenie kabiny pilota i przedziału radiowego oraz w segmentach bezpośrednio z nimi sąsiadującymi. Tak powstały pierwsze fragmenty modelu łączące części z wycinanki i narysowane samemu.

Jak widać na powyższych zdjęciach, zrobiłem również detale przenoszenia mechanizmu sterowania na wrędze. Kolejnym zespołem była sterownica nożna, dość trudna do odwzorowania.

Dużym utrudnieniem w budowie tego modelu, a właściwie w tak daleko idącej waloryzacji, jest skomplikowanie struktury kadłuba, która była konstrukcją półskorupową (tzn. bez elementu nośnego typu kratownica), jak miało to miejsce w Hurricane. W tamtym modelu wszystkie budowane podzespoły, w tym również wręgi, opierałem na sztywnej drucianej kratownicy. Spitfire'a montowano w specjalnym przyrządzie montażowym, a mój model robiony jest w powietrzu, więc poprawność kształtu kadłuba określa wzajemne ustawienie wręg. W takiej sytuacji o utratę symetrii jest bardzo łatwo, stąd ten model jest znacznie trudniejszy. Powodzenie na etapie budowy skoryguje przymiarka poszycia zewnętrznego po ukończeniu całego wnętrza modelu. Wtedy okaże się, czy model jest zrobiony dobrze, czy nadaje się do śmieci razem z tyloma godzinami pracy.

Jak widać na powyższych zdjęciach, sterownica nożna nie jest jeszcze produktem finalnym, ponieważ brakuje pedałów orczyka i paru innych drobiazgów. Po przeszukaniu materiałów dokumentacyjnych postanowiłem trochę te detale zmienić. W wycinance przewidziane są takie pedały:

Zdjęcie: http://spitfiresite.com

Jednak na zdecydowanej większości zdjęć i filmów dokumentalnych, gdzie była prezentowana ta wersja Mk.I i Mk.II, pedały wyglądają inaczej:

Zdjęcie: Supermarine Spitfire ModelArt No.387

W związku z tym postanowiłem zrobić takie, jak w tych wersjach. Na zdjęciach widać również, że wykonałem prowadnice, gwint i pokrętła regulujące odległość pedałów orczyka od pilota. Prowadnice powstały z igły lekarskiej. Ma to istotne znaczenie, ponieważ otwór wewnątrz niej ułatwi mi w późniejszym etapie budowy zainstalowanie mocowania cięgien steru kierunku.

Powierzchnie antypoślizgowe na wrędze i pedałach zostały wykonane z drutu miedzianego o średnicy 0,2 mm. Na zdjęciach w dużym powiększeniu widać, że wkleiłem je niezbyt równo w pedałach orczyka. Jednak po pomalowaniu i nadaniu śladów eksploatacji nie będzie się to tak rzucać w oczy. Poza tym ten element ma wymiary 2 x 3 mm, więc nie jest taki duży jak na zdjęciach.

Kolejnymi częściami jakie doszły do kabiny były: dźwignia awaryjnego wypuszczania podwozia, główna dźwignia regulacji wychylenia podwozia, zbiornik na płyn do odladzania wiatrochronu, obudowa lampy pozycyjnej, dźwignia położenia klapy wylotu chłodnicy, podstawa drążka sterowniczego, popychacz i przełączniki poziomu paliwa itd. Widać, że wiele z tych elementów, tak charakterystycznych dla tej wersji Spitfire'a i doskonale widocznych w kabinie, w wycinance po prostu pominięto!

Orczyk znajduje się w pozycji ustawienia steru kierunku w lewo, natomiast drążek sterowy od siebie, czyli ster wysokości będzie opadał pod swoim ciężarem. Zawsze zwracam na to uwagę przy budowaniu zespołów sterowania.

Oprócz podłużnic w kabinie, które wzmacniały konstrukcję kadłuba, postanowiłem również wykonać nity. Początkowo chciałem to zrobić z papieru wycinając je igłą lekarską, jednak najmniejsza dostępna igła wycinała kółeczka o zbyt dużej średnicy. Tutaj na ratunek przyszedł mi kontakt z Krzyśkiem Traczykiem, który na Portalu pokazuje budowę fantastycznego plastikowego modelu w skali 1:32 Spitfire'a Erica Locka. Polecił mi on kulki do lutowania mikroelementów, o których dowiedział się od Wojtka Fajgi. Jestem im bardzo wdzięczny, bo to było coś, czego szukałem - dostępne rozmiary od 0,25 do 0,8 mm, sprzedawane w fiolkach po 5000-10000 sztuk. Zapłaciłem około 14 zł za fiolkę z 10 000 sztuk. Te, których użyłem, widać na zdjęciu. Ich średnice to 0,25 i 0,35 mm. Kulki są układane pincetą dla elektroników i przyklejane pojedynczo klejem BCG...

W ten sposób przednia część wnętrza kadłuba jest gotowa do malowania bazowym kolorem. Jednak wcześniej trzeba było wykonać to, co znajdowało się za fotelem pilota.

Pierwszym etapem było wyznaczenie wszystkich wręg. Wycinanka oferuje model rozbudowany o jeden segment za fotelem pilota. Jest to wystarczające, jeśli chcemy zbudować model bliższy wersji standard lub jedynie z lekką waloryzacją. Mój plan jest troszkę bardziej rozbudowany, więc musiałem tych segmentów zrobić więcej. Była to już duża ingerencja w model, a problem stanowił fakt, że łączenie poszczególnych segmentów poszycia zewnętrznego wypadało w bezpośrednim sąsiedztwie luku inspekcyjnego na kadłubie, który docelowo ma być otwarty. W dodatku, wewnętrzne poszycie, które w wycinance jest ścianą kabiny pilota, kończyło się w tym samym miejscu. Był to duży problem ponieważ otwarta klapka luku inspekcyjnego uwidaczniałaby wewnątrz kadłuba ząbkowane oklejki znajdujące się na przeciwległej ścianie. Ponieważ kleję modele metodą na podwójne poszycie, zapożyczoną od projektanta modelu Marcina Grygiela, postanowiłem, że felerne łączenie wewnętrznego poszycia przesunę o jeden segment w stronę przodu samolotu, aby łączenie ukryć pod wręgą mieszczącą się za akumulatorem. Oczywiście jednocześnie zrezygnowałem z ząbkowania oklejek, co skomplikowało pracę dlatego, że powierzchnia łączenia dwóch wewnętrznych segmentów musiała się ograniczyć do grubości wręgi. Poza tym, podczas wykonywania wyposażenia wewnątrz kadłuba, musiałem mieć miejsce, przez które cały ekwipunek zostanie wklejony. Z tych powodów zrobienie podwójnego poszycia było koniecznością.

Niestety, to rodziło kolejny problem, ponieważ wykonując wewnętrzne poszycie przyklejone bezpośrednio do wręg i podłużnic, pozbawiałem poszycie zewnętrzne oklejek, które ułatwiają łączenie poszczególnych segmentów modelu. Jedynym rozwiązaniem było wykonanie dwóch poszyć wewnętrznych - pierwszego, wewnętrznego-wewnętrznego odpowiedzialnego za budowanie bryły kadłuba na podstawie wręg i podłużnic oraz drugiego, wewnętrznego-zewnętrznego, które pełnić będzie rolę oklejki poszycia zewnętrznego. Grubość nowych poszyć wewnętrznych musiała być taka sama, jak tego starego pojedynczego poszycia. W związku z tym grubość papieru podzieliłem na pół. Wydaje się, że jest to prosty tok myślenia, ale czy dobry - to okaże się później. Niestety, pojawił się kolejny kłopot - zakończenia i początki obu wewnętrznych poszyć wypadały na tych samych wręgach. Tak być nie mogło, ponieważ łączenia usytuowane na tej samej wrędze osłabiałyby konstrukcję kadłuba, szczególnie gdyby dodatkowo łączenie pokrywało się z łączeniem poszycia zewnętrznego. Musiało to być zrobione na zakładkę, żeby poszycie wewnętrzne-wewnętrzne było ułożone identycznie jak poszycie zewnętrzne, natomiast wewnętrzne-zewnętrzne było przesunięte względem obu pozostałych o jeden segment w stronę śmigła. Oczywiście liczba wręg i segmentów na tym odcinku kadłuba odpowiada stanowi rzeczywistemu w Spitfire. Wszystkie poszycia zostały opracowane w programie Rhinoceros 3D po stworzeniu modelu 3D tego kadłuba.

Mam nadzieję, że to wszystko jest zrozumiałe.

Wygłówkowanie tego rozwiązania zajęło mi dużo czasu. Myślę, że to jest najtrudniejszy etap budowy tego modelu. Tu na zdjęciach widać wewnętrzne-wewnętrzne poszycie kadłuba wraz ze wszystkimi wręgami. Początkowo zakładałem zrobienie całego kadłuba, aż do kółka ogonowego i tak go opracowałem w CorelDraw, ale w trakcie klejenia stwierdziłem, że jest duże prawdopodobieństwo klęski, więc postanowiłem nie ryzykować. Może przy kolejnym modelu pokuszę się, by odtworzyć całą wewnętrzną strukturę kadłuba.

W dalszej kolejności wykonałem podłużnice, kątowniki, nity i różnego rodzaju półki pod radio i akumulator.

W ten sposób tylna część kadłuba była gotowa do malowania kolorem bazowym. W tym samym czasie zauważyłem, że zapomniałem jeszcze o kątownikach do postawienia stelaża fotela pilota, wiec trzeba było je dorobić i dokleić.

Tak sklejony kadłub i jego wnętrze gotowe było do malowania kolorami bazowymi charakterystycznymi dla tej wersji samolotu Supermarine Spitfire. Według dokumentacji i standardów RAF z tamtego okresu kabina malowana była kolorem RAF Interior Green, natomiast pozostałe powierzchnie wnętrza kadłuba były koloru aluminium, czyli srebrne. Zieloną farbę już dawno wybrałem. Używałem jej wcześniej w Hawker Hurricane i byłem z niej bardzo zadowolony, zarówno z odcienia koloru, jak i właściwości samej farby. Jest nią akrylowa Pactra A117 RAF Interior Green. Wątpliwości miałem jedynie co do koloru aluminium. Na rynku modelarskim jest wielu producentów, którzy mają w swojej ofercie tę farbę. Jednak szukałem takiej, której srebrny pigment nie będzie bardzo widoczny po pomalowaniu. Oglądając wiele zdjęć samolotów, egzemplarzy muzealnych oraz różnych urządzeń wykonanych z aluminium można zauważyć, że jest to kolor wpadający w odcienie jasnego szarego. Takiej farby szukałem. Spośród wszystkich oznaczonych na etykiecie napisem Aluminium wybór padł na farbę Vallejo serii Model Air. Może jest jakaś lepsza od niej, ale z dostępnych na lubelskim rynku ta najlepiej spełniała moje oczekiwania. Jest ona przeznaczona do aerografów, więc można ją wlewać bezpośrednio do zbiorniczka i malować bez rozcieńczania.

Ze względu na skomplikowane kształty duży problem miałem z zamaskowaniem powierzchni wewnętrznych podczas malowania różnymi kolorami. Granica obu kolorów wypadała na wrędze, gdzie był mechanizm sterowania sterem wysokości. Postanowiłem najpierw pomalować kabinę kolorem RAF. Po wyschnięciu spędziłem kilkadziesiąt minut na zabawie z malutkimi kwadracikami wyciętymi z taśmy malarskiej w celu zamaskowania pomalowanych elementów. Po tym mogłem nanieść kolejny kolor. Na koniec, już za pomocą pędzelka, pomalowałem niektóre instrumenty pokładowe, zaś farbą o kolorze czarnym matowym - miejsce, gdzie stał akumulator.

Tak oto wnętrze kadłuba zostało przygotowane do następnego etapu budowy, którym jest uzbrajanie go w przyrządy pilota, przewody, kable etc. Gdy to będzie już gotowe, przyjdzie czas na użycie technik malarskich zapożyczonych od modelarzy plastikowych w celu naniesienia śladów eksploatacji.

W czasie, gdy farba w kadłubie wysychała wykonałem chyba najważniejszy element w kabinie pilota, którym jest tablica przyrządów. Niestety, ta proponowana w wycinance bardzo odbiegała od tych, które są w dokumentacji i na zdjęciach archiwalnych - nie zgadzało się położenie wskaźników i ich wielkości. Dlatego postanowiłem wykonać wszystko samemu. Po zeskanowaniu tablicy z wycinanki przerysowałem ją w CorelDraw i naniosłem poprawki. Problemem pozostawało tylko zrobienie cyferblatów i wskazówek. Z nieocenioną pomocą przyszedł Wojtek Fajga, który zaoferował naświetlenie kliszy wraz z zegarami dokładnie pod tę tablicę. Mimo że nie praktykowałem tego wcześniej, zgodziłem się, gdyż byłem bardzo ciekaw efektu. I on przerósł moje oczekiwania. Wszystkie, nawet najmniejsze cyfry były czytelne, podziałka - również. Również treść tabliczki z napisami eksploatacyjnymi można łatwo odczytać przy użyciu lupy. Jestem za to bardzo wdzięczny Wojtkowi i mam nadzieję, że przy kolejnych projektach również zaoferuje swoją pomoc. Ramki do zegarów zrobiłem z miedzianego drutu 0,1mm, natomiast nity, jak wcześniej, z kulek do lutowania BGA o średnicy 0,25mm. Jest to na pewno najlepsza tablica przyrządów, jaką do tej pory udało mi się zrobić.

Tekst i zdjęcia: Piotr Rowiński