Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Modele Relacje z budowy Boeing F4b-4 | 1:32

Boeing F4b-4 | 1:32

Email
Spis treści
Boeing F4b-4 | 1:32
Aktualizacja 25.04.2012
Wszystkie strony

Mój pierwszy dwupłat i na dodatek....w negliżu.

 

 

Boeing F4B-4 był ostatnim dwupłatem ze stałym podwoziem wprowadzonym do uzbrojenia marynarki amerykańskiej na początku lat 1930. W opinii pilotów był on najzwrotniejszym ze wszystkich używanych typów. Jego odpowiednikiem w lotnictwie armijnym był Boeing P-12.

Samoloty Boeing F4B-4 na pokładzie lotniskowca Saratoga w 1934 / Zdjęcie: Naval Aviation

Dlaczego postanowiłem zbudować model tego samolotu? Sam nie wiem, złożył się na to splot różnych okoliczności. Po zakończeniu budowy I-16 miałem odpocząć od short-runów i innych tego typu wynalazków. Chciałem zająć się jakimś dobrym zestawem dla samej przyjemności bezproblemowego sklejania modelu. Ale przypadkowo za sprawą modelu iszaka, stałem się posiadaczem zestawu części modelarskich silnika produkowanego przez Vector właśnie do tego Boeinga. Mając go, postanowiłem zrobić ten model, ale dość lajtowo, bez specjalnego sprężania się, po prostu czysty relaks. Sam zestaw to Hasegawa z lat 1960. i żeby coś z niego zrobić trzeba lekko się jednak sprężyć. Miało być troszkę pootwieranych fragmentów, ale do tytułowego negliżu w tamtej koncepcji sporo brakowało. No i stało się. Kilka rozmów z Andrzejem Zioberem i prawie całe poszycie zsunęło się, ukazując prawie nagi szkielet samolotu, gdzieniegdzie przykryty skrawkami blachy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten pierwotny lajcik zamieni się w mój najpoważniejszy, jak dotychczas, projekt modelarski. Jego trudność z mojego punktu widzenia wynika z kilku czynników. Po pierwsze, jeszcze nigdy nie dokonałem tak głębokiej transformacji zestawu wyjściowego, tym bardziej, że, jak już wcześniej wspomniałem, pierwotna materia w wykonaniu Hasegawy w porównaniu do najnowszych zestawów to zabawka politechniczna. Kolejna sprawa, i zasadnicza dla całego projektu, to wycięcie szkieletu kadłuba z wyprasek. W takiej formie modelu jeszcze nie wykonywałem. Następnym stresującym mnie elementem jest brak prawdziwej dokumentacji modelarskiej. Muszę się przyznać, że cały projekt oparty jest tylko na zgromadzonej dokumentacji zdjęciowej i nie mam dobrych, szczegółowych rysunków tego samolotu. Powoduje to konieczność wykonywania niektórych elementów kilkakrotnie, zanim osiągnę zadowalający mnie efekt. Założenie praktycznie całkowitego otwarcia modelu zmusiło mnie do przeprowadzenia szczegółowej kalkulacji poszczególnych etapów budowy, aby przypadkiem czegoś zbyt szybko nie zamknąć, uniemożliwiając sobie późniejsze zamontowanie jakiegoś elementu. Także malowanie musi odbyć się w odpowiedniej kolejności i na właściwych etapach budowy z zaplanowaniem możliwego przesłaniania już pomalowanych fragmentów. Praktycznie wszystkie detale muszą zostać wykonane od podstaw, więc pojawia się problem dopasowania wymiarów tych detali do zasadniczej konstrukcji. W wielu przypadkach możliwe to będzie dopiero po zamknięciu jakiegoś etapu budowy, np. po połączeniu obu połówek kadłuba. Jak każdy wie, wszystkiego nie da się przewidzieć i sam nie wiem, co mnie jeszcze może spotkać podczas budowy tego modelu.

Ale przejdźmy do konkretów. Prace rozpocząłem od kadłuba. Jak już wcześniej wspomniałem jego szkielet miał być wycięty z wyprasek. A oto i one. Przy okazji można zobaczyć jak Hasegawa próbowała odtworzyć elementy wnętrza kabiny - czysty komizm jak na skalę 1:32.

 

A tak wnętrze wyglądało w oryginale:

Zdjęcia: archiwum autora

W założeniu kadłub modelu ma być całkowicie otwarty z pozostawieniem jedynie poszycia spodu, grzbietu za kabiną, ale z otwartym lukiem na dinghy, oraz z fragmentem blach z prawej strony wzdłuż kabiny.

Jednakże, aby móc prawidłowo odwzorować szkielet kadłuba w obrębie kabiny, także z prawej strony należało najpierw wyciąć z wypraski wręgi i podłużnice, a dopiero na szkielet założyć przewidziane poszycie. Ważne jest, aby przed przystąpieniem do wycinania szkieletu w pierwszej kolejności usunąć wszystkie elementy znajdujące się po wewnętrznej stronie wypraski kadłuba i powierzchnię wyszlifować i wypolerować, uzupełniając wcześniej ubytki. Jest to konieczne, gdyż po wycięciu szkieletu wykonanie tej czynności jest o wiele trudniejsze i grozi zniszczeniem elementu.

Przystępując już do samego wycinania wręg i podłużnic nie miałem zamiaru odkrywać Ameryki i posłużyłem się metodami opisanymi przez Andrzeja Ziobera w relacji z budowy Mi-6. Siatkę szkieletu na wyprasce odwzorowałem przy pomocy taśmy maskującej i natryśnięcia czarnej farby na kadłub.

Do wycinania poszczególnych pól użyłem mini wiertarki elektrycznej z regulowaną prędkością obrotów i wiertła 0,4 mm (trochę ich zużyłem). Najpierw nawiercałem otwory w narożnikach, a potem wierciłem miejsce przy miejscu wzdłuż linii wręg i podłużnic. Wszystkie te operacje wykonywałem na małych obrotach. Do przecięcia powstałych perforacji także wykorzystywałem tę wiertarkę, tylko na wyższych obrotach. Zaczynałem operację od narożnika i używając wiertła jak ostrza, przecinałem nawiercony plastik wzdłuż jednej krawędzi. Po przecięciu jednego boku należało oczyścić wiertło ze stopionego polistyrenu, gdyż jeśli tego by się nie zrobiło, to pozostawiany tor cięcia byłby co raz grubszy, co groziłoby wyjechaniem z cięciem poza wyznaczony obszar. Metoda ta wymaga pewnej praktyki, ale nie powoduje niebezpiecznych naprężeń, jakie powstają np. przy przecinaniu pozostałego między otworami polistyrenu nożem. Należy pamiętać o delikatnym prowadzeniu wiertła podczas przecinania oraz o tym, aby nie było ono zbyt mocno wysunięte, gdyż oba te przypadki grożą jego złamaniem. Po zgrubnym wycięciu danego pola dokonywałem dalszej obróbki nożem Olfa, pilnikami, papierem ściernym i włókniną, ciągle kontrolując grubości wręg i podłużnic suwmiarką. Bardzo ważna jest dbałość o delikatne obchodzenie się z obrabianą materią, aby nie dochodziło do pękania już wyciętych fragmentów modelu. Naturalnie można je skleić, ale są one już mniej wytrzymałe w tych miejscach. Aby uniknąć takich sytuacji warto okleić wycięte już wcześniej partie taśmą maskującą, która wzmacnia konstrukcję.

Liniowy przebieg podłużnic i wręg należy cały czas kontrolować, aby nie było żadnych uskoków, które później są bardzo widoczne. To samo dotyczy ewentualnych różnic w grubości poszczególnych odcinków szkieletu. Gdy przystępowałem do wycinania szkieletu, wydawało mi się, że nie jest to operacja bardzo trudna - przecież nie jeden otwór w modelach już zrobiłem. Jednakże w tym przypadku miałem do czynienia z wycinaniem otworu obok otworu, gdzie nawet małe odstępstwo wymiarowe jest już widoczne. Jednocześnie jest to praca żmudna i w żadnym momencie nie można tracić koncentracji, aby nie zniweczyć już wykonanej pracy. Piszę to nie po to, aby pokazać, że skoro już ten kadłub powycinałem to jestem cool, lecz żeby osoby, które chciałyby zrobić podobny w założeniach model, miały pewien pogląd na sprawę i wiedziały, przynajmniej w zarysie, czego mogą się spodziewać w trakcie prac.

A oto moje początki:

 

 

Nie będę ukrywał, że w lewej połówce nie udało mi się idealnie równo powycinać szkieletu - popełniłem kilka błędów. Było to trochę frustrujące, bo wydawało mi się, że sobie z tym lepiej poradzę. Ale w miarę postępów nabierałem wprawy i wycinanki szły mi coraz lepiej. Dobrałem sobie odpowiedni zestaw narzędzi i wiedziałem, co którym mogę zrobić. Wypracowałem także metody postępowania zapewniające prawidłowy efekt wycinania. I tu kolejna uwaga - nie idźmy na skróty, pomijając jakiś etap, aby przyśpieszyć pracę. Najczęściej prowadzi to do opóźnień, bądź błędów. Jeśli jakaś procedura nam się sprawdza, postępujmy zgodnie z nią, zwłaszcza w czasie wykonywania powtarzalnych czynności.

Prawa strona kadłuba poszła już zdecydowanie lepiej:

 

 

Po złożeniu obu połówek mogłem zobaczyć jaki powstanie efekt:

 

I, niestety, stało się. Przy próbie polerowania wnętrza prawej połówki kadłuba - dosłownie drobnostki, już po wycięciu całego szkieletu, ku mojej rozpaczy szkielet pękł. Wyglądało to tak:

 

Wszystkie ostrzeżenia, o których wcześniej pisałem, niestety, wynikały z moich własnych, bolesnych doświadczeń. No i co teraz? Gdybym wtedy zrezygnował, nie byłoby w tej chwili tej relacji. Przeanalizowałem sytuację. Prawa, ta lepiej wycięta połówka uległa zniszczeniu. Lewa nadawała się do wymiany ze względu na początkowe błędy. Czyli cała robota od początku. Miałem w zapasie drugi model, ale Boeinga P-12. Niby ten sam samolot, ale jednak miał krótszy kadłub i inny kształt grzbietu za kabiną. A ja byłem zdeterminowany, by zrobić wersję morską. Wziąłem więc kadłub P-12, wydłużyłem go odpowiednio, zamieniłem grzbiety i przystąpiłem do ponownego wycinania szkieletu. Okazało się z czasem, że ta tragiczna katastrofa miała tylko pozytywne aspekty. Otóż wyznaczony przeze mnie pierwotnie przebieg wręg i podłużnic, zgodny z liniami nitów na wypraskach kadłuba, nie odpowiadał rzeczywistemu. Nie przyszło mi do głowy, że te linie są nieprawidłowe, chociaż w pewnym momencie zastanowiło mnie, że w obrębie kabiny w innych miejscach zaznaczone są wręgi po stronie wewnętrznej kadłuba, a w innych linie nitów na zewnętrznej.

Innymi słowy, nawet gdyby nie było tej katastrofy, to i tak musiałbym rozpocząć pracę od nowa!

Teraz, już w oparciu o zdjęcia, wyznaczyłem prawidłowy przebieg wręg i podłużnic na obu połówkach kadłuba. Tym razem do tego celu nie zastosowałem metody z malowaniem, ale po prostu wytrasowałem je w plastiku cienką igłą. Zrobiłem tak na podstawie zdobytych już doświadczeń z poprzedniego wycinania. Dużo dokładniej mogłem wyciąć i obrobić dane pole widząc linię obrysu wytrasowaną, a nie namalowaną. Gdy ta wytrasowana delikatnie zanikała, wiedziałem, że pole jest prawidłowo wycięte. Powtórne wycinanie przebiegło o wiele sprawniej i bez większych błędów. Poza tym, kto by tam się do błędów przyznawał? Zastosowanie taśmy Tamiya do oklejania wyciętych fragmentów zmniejszyło wyraźnie liczbę pęknięć, chociaż nie będę ukrywał, że i tak się zdarzały. Wycięty szkielet kadłuba jest tak kruchą konstrukcją, że jest to praktycznie nieuniknione. Pęknięcia te brały się też i z rodzaju polistyrenu, z jakiego wykonano model. Charakteryzuje się on sporą kruchliwością i małą elastycznością.

Tak prezentuje się kadłub po powtórnym wycięciu. Widać zamieniony grzbiet, w którym wyciąłem od razu przestrzeń na otwarte luki dla dinghy i radia:

 

Po wycięciu szkieletu kadłuba zająłem się odpowiednim pocienieniem przejścia kadłub-skrzydło, gdyż wypraska ma ok. 1 mm grubości. Aby mieć dobry dostęp do tego obszaru, usunąłem dolne fragmenty wyciętych wręg kadłuba w okolicach skrzydła. Po zeszlifowaniu odtworzyłem je z plastikowych pręcików. Wykonałem także imitacje podłużnic w dolnej części oraz perforacje w przedniej, górnej części kadłuba. Konieczne było również całkowite zastąpienie dwóch wręg usytuowanych w obrębie kabiny:

 

 

Poniżej kadłub po złożeniu na sucho:

 

 

W następnej kolejności zabrałem się za podłogę w kabinie. Najpierw dopasowałem ją do kadłuba:

 

Potem przyszła kolej na detale podłogi, wycięcia na drążek sterowy i pedały orczyka oraz boczne listwy:

 

A oto wnętrze kabiny F4B - cel moich dążeń:

Zdjęcie: archiwum autora

cdn.

Tekst i zdjęcia: Tomasz Hajzler