Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Prawdopodobne przybliżenie

Prawdopodobne przybliżenie

Email

Dowódca dywizjonu podszedł do sierżanta. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował podoficera. Trzasnął kamień zapalniczki i po chwili obaj zaciągnęli się dymem.

-Nowe, szefie? - zagadnął oficer wskazując trzy samoloty stojące przed hangarem.

-Tak panie majorze. Przyleciały wczoraj.

- Najwyższy czas. Krucho już było ze sprzętem. Kiedy wejdą do służby?

-Te dwa z lewej choćby pojutrze. Są zupełnie nowe, prosto z MU. Już je oblataliśmy. Zostało tylko namalować oznaczenia. Ale ten trzeci jest po Kanadyjczykach. Strasznie zalatany. Nie puszczę go w powietrze bez dokładnego przeglądu, a i jakieś malowanie by się, prawdę mówiąc, przydało, bo wstyd będzie jak kogoś z naszego dywizjonu, tfu –na psa urok, nad Francją zrąbią i jeszcze sobie fryce pomyślą, że polscy myśliwcy na war weary Spitach latają!

- Ale dwunastkę na lot za godzinę mamy? - zapytał dowódca z lekkim uśmiechem.

- Oczywiście! - odpowiedział sierżant, nieudolnie usiłując usunąć z tonu głosu nutę urazy.

 

Wymyśliłem powyższą scenkę, by zwrócić uwagę na istotny element modelarskiego rzemiosła. Chodzi o malarskie wykańczanie powierzchni modeli samolotów, mające na celu uzyskanie efektu zmian powłoki w wyniku eksploatacji, nieszczęśliwie zwane brudzeniem.

Dlaczego nieszczęśliwie?

Ano dlatego, że często możemy napotkać prace, które wyglądają tak, jakby ich autorzy potraktowali niewinny, wydawałoby się, kolokwializm wręcz dosłownie.

Nie wiedzieć czemu, utarło się, że ślady eksploatacji niekoniecznie podlegają rygorowi modelarskiej rzetelności i nawet modelarze poświęcający sporo czasu na korekty wyposażenia, kształtu części, rozkładu paneli i linii pokrycia itp. potrafią wykończyć model, kierując się osobistymi preferencjami lub poddając się rutynie bez końca powtarzanych czynności, niezależnie od tego, jak samolot wyglądał naprawdę.

Prowadzi to wykształcenia się specyficznego wizerunku modelu, często bardzo efektownego, ale niezbyt przypominającego samolot z realnego świata. W konsekwencji rodzi się też specyficzny typ modelarza, który pracę polegającą na wertowaniu materiałów źródłowych i projektowaniu działań mających na celu wprowadzenie w życie wypracowanych wniosków zamienia na swobodne eksperymenty malarskie, często opierające się na jak największej ilości położonych warstw. Jako żywo przypomina to chwalenie się wartością dodatków zastosowanych w modelu wyrażoną w polskich złotych. Tyle, że tu licytacja opiera się na ilości i różnorodności zastosowanych technik. W całym modelarskim świecie wielu autorów ulega tej pokusie, bo w ten sposób dość łatwo zdobyć miano świetnego modelarza. Mało kto zauważa, że miano to przyznają bardzo niedoświadczeni adepci sztuki, jaką jest modelarstwo redukcyjne. A przecież wizji tej z modelarstwem redukcyjnym jest nie po drodze. Paradoksalnie, również jej zwolennicy z największym szacunkiem traktują modele, które w każdych, najbardziej ulotnych nawet niuansach odzwierciedlają rzeczywistość. Podobnie podchodzą do modelarzy starających się ze wszystkich sił taki efekt osiągnąć. Szkoda tylko, że wobec młodych i początkujących rzadko stać ich na szczerość i obiektywną ocenę swojej pracy. Tym bardziej szkoda, że często spotykane podpieranie się dążeniem do wypracowania własnego, niepowtarzalnego stylu czy twórczymi poszukiwaniami brzmi bardzo chwytliwie i potrafi uwieść niedoświadczonego widza, kierując go na drogę kończącą się, niestety, ślepym zaułkiem.

Ślady eksploatacji to taki sam element wizerunku naszej minirepliki, jak wszystkie inne jej detale. Pole do popełnienia błędów jest tu ogromne i pułapki czekają na nas na każdym kroku. Przedstawiona na początku artykułu scenka pokazuje, że nawet w jednej misji mogły obok siebie lecieć samoloty o diametralnie różnym stopniu zużycia. Dlatego konieczne jest możliwie dokładne poznanie okoliczności, jakie kształtowały wygląd  portretowanego statku powietrznego, a potem świadome przenoszenie uzyskanego obrazu na model.

 

Linie podziałowe blach samolotów jak magnes przyciągają uwagę modelarzy pragnących ożywić wygląd swoich modeli. Tu też najczęściej pojawia się nadinterpretacja. Patrząc na te zdjęcia warto pominąć techniczne niedoskonałości wykonania i skupić się na realizmie przedstawienia, a także rozmieszczenia zabrudzeń, eksploatacyjnych zmian powłoki lakierniczej oraz jej uszkodzeń. Ogólnie dobry wygląd modeli nie usprawiedliwia popełnionych błędów (zdjęcia Laurent Boildieu, Jose Carlos Simon i Massimo Busolini).

Ustalanie wyglądu.

Jeżeli mamy do czynienia z obiektem użytkowanym współcześnie, do którego mamy dostęp, to sprawa jest prosta. Wystarczy go uważnie obejrzeć, wykonać odpowiednie zdjęcia i wszystko jest jasne.

Gdy jednak celem naszym jest wykonanie miniatury samolotu sprzed kilkudziesięciu lat, natrafimy na wiele przeszkód. Tu prawdopodobne przybliżenie to często wszystko, na co możemy liczyć. Bardzo rzadko dysponujemy bogatym materiałem zdjęciowym dotyczącym naszego wybrańca. Często materiał ten ogranicza się do niekompletnego, a nawet niewyraźnego wizerunku. Istotne jest, by przede wszystkim wyeliminować z palety śladów eksploatacji elementy, które nie mogły się tu znaleźć. Wypłowienia farby i uszkodzenia powłoki na fabrycznie nowym egzemplarzu, ślady błota na podwoziu, które nigdy nie zaznało deszczu, okopcenia z nieużywanego nigdy uzbrojenia – to tylko przykłady. By uniknąć takich błędów konieczne jest poznanie przebiegu służby samolotu i dostosowanie wyglądu modelu do określonego jej fragmentu. Pomocą będą zdjęcia innych egzemplarzy tego samego typu lub działających w podobnych warunkach. Tu jednak trzeba uważać z wyciąganiem wniosków i logicznie analizować uzyskane informacje. Czy zachlapany olejem kadłub samolotu ze zdjęcia będzie wystarczającą legitymacją do uwalania w ten sposób dowolnego przedstawiciela tego typu? Może to tylko efekt awarii lub innego pojedynczego zdarzenia, zupełnie nietypowy dla tej konstrukcji?

Także, interpretując zdjęcia, należy zachować czujność. Cienie niewidocznych w kadrze obiektów, uszkodzenia negatywów i odbitek, niedoskonałości ówczesnych materiałów fotograficznych i brak profesjonalizmu autorów potrafią niezwykle przekłamać wizerunek. Szczególnie ostrożnie należy podchodzić do kolorowej fotografii z dawnych lat. Ta była bardzo jeszcze niedoskonała i niuanse dotyczące przebarwień czy wypłowień były w praktyce poza jej możliwościami.

W tej sytuacji koniecznie trzeba szukać potwierdzenia występowania nietypowych plam i zmian w intensywności koloru na innych zdjęciach. Ewentualne relacje słowne też nie są do pogardzenia. Sporo wiedzy można uzyskać, studiując materiały dotyczące eksploatacji płatowca i napędu, książki obsługi itp. Innymi słowy - jeśli to tylko możliwe - wnikliwie zapoznając się z wszystkimi aspektami związanymi z eksploatacją statku powietrznego, którego model budujemy.

W żadnym razie brak informacji nie może być traktowany jako usprawiedliwienie dla zupełnej dowolności w działaniu. Jakaś dokumentacja istnieje właściwie zawsze. Opisy działań jednostek, wspomnienia ich uczestników, zdjęcia… To wszystko pozwala na poszukanie możliwie najbliższego prawdzie wizerunku i będzie on na pewno bardziej realny, niż ten powstały na bazie osobistych preferencji.

Model wydaje się być bez zarzutu. Jednak kolorystyka śladów eksploatacji wybrana przez autora budzi poważne wątpliwości (zdjęcie Andrzej Ziober).

Odtwarzanie śladów eksploatacji na modelu.

Technik, metod i patentów jest bez liku. Nie tu jest miejsce by je omawiać. Skupię się za to na niebezpieczeństwach jakie czyhają na nas przy pracy.

Pierwsze z nich i często najpoważniejsze to rutyna. W poszczególnych modelarskich środowiskach spopularyzowano określone sposoby postępowania. Modelarze przyjęli je na potrzeby swojego warsztatu i w nieskończoność powtarzają te same kroki przy wykańczaniu modeli. W rezultacie powstają często bardzo efektowne wizualnie modele, tyle że wszystkie wyglądają identycznie. To, że nie sposób jest odróżnić od siebie modele różnych autorów, to jeszcze nie problem, bo przecież może się teoretycznie zdarzyć, że dana metoda świetnie nadaje się do wykonania miniatur określonych samolotów. Gorzej, gdy współczesny odrzutowiec, drugowojenny myśliwiec i szmatopłat z Wielkiej Wojny też wyglądają identycznie, a tak bardzo często się zdarza! I taki paradoks musi zaistnieć, gdy o wyglądzie modelu nie decyduje wiedza o jego pierwowzorze, lecz wciąż ten sam - sprowadzony do schematu - rytm prac malarskich. Inaczej może być tylko wtedy, gdy oczekiwany efekt stanie się punktem wyjścia. Wybór technik i metod należy podporządkować nadrzędnemu celowi, jakim jest zaplanowany wygląd modelu. Parafrazując znany wiersz: trzeba zacząć od dymu z komina.

Wymaga to nieco elastyczności i kreatywności, ale wcale nie jest bardzo trudne i wystarczy nie zlekceważyć problemu, by pozytywne efekty naszych działań ujrzały światło dzienne.

Oczywiście absolutnie niezbędne jest wykonywanie prób i testów na boku. Nasze pomysły nie zawsze będą dobre, a i zdarzy się, że potrzebować będziemy nieco czasu, by sprawnie posłużyć się nową techniką. Ale przecież poznawanie lub wymyślanie nowych technik stanowi integralny element takiego podejścia do tematu odtwarzania śladów eksploatacji.

 

 

Ślady eksploatacji polegające na wykonaniu imitacji efektu łuszczącej się farby na modelach Zera i Ki43 to typowy przykład „prawdopodobnych zmian powłoki lakierniczej”, gdyż wiele japońskich samolotów bojowych okresu II w. św. faktycznie cechowało się takimi efektami uszkodzeń lakieru stosowanego do malowania tych samolotów. Łatwo je wykonać, gdy modelarz tylko z grubsza chce odwzorować „rysunek” rozkładu odsłoniętej powierzchni metalicznej. Jednak, jeśli wykonawca modelu dysponuje dokładnymi zdjęciami konkretnego egzemplarza i ten sam, widoczny na zdjęciach efekt chce osiągnąć na swym modelu, to namalowanie go może stanowić wielki problem, porównywalny do pracy dawnych projektantów znaczków pocztowych, malujących je niegdyś „piksel po pikselu”.

Drugie zagrażające nam niebezpieczeństwo, to ograniczenia jakim podlega autor modelu. Tu trzeba krytycznie spojrzeć na samego siebie i realnie ocenić swoje możliwości. Czysto techniczne problemy związane np. z koniecznością namalowania malutkich zadrapań, czy z precyzyjnym maskowaniem, sprawnym operowaniem aerografem itd., to tylko jedna, dość oczywista strona medalu. Druga jest bardziej złożona.

Niektóre samoloty mogą stanowić ogromne wyzwanie. Na ich powierzchni nawarstwiać się mogą efekty przeróżnych zdarzeń. Wizerunek, jaki tworzą, może zawierać elementy niemal wykluczające się nawzajem. Odwzorowanie świeżo malowanego fragmentu na zużytej powierzchni pokrycia jest zadaniem stosunkowo prostym. Gdy jednak samolot jest niemal nowy, ale praktykowano na nim liczne zmiany kolorystyki i, w dodatku, jeszcze intensywnie go eksploatowano, to może okazać się, że autorowi może zabraknąć talentu, by w sposób realistyczny przedstawić te wszystkie zdarzenia na modelu. Bowiem należy pamiętać, że efekt prawdziwego samolotu nie jest wynikiem bezpośredniego pomniejszenia rzeczywistego obiektu. Taki, hipotetyczny, zabieg zakończyłby się uzyskaniem karykatury, w której zniknęłyby niektóre elementy, a inne wybiłyby się ponad miarę. Nasze malowanie daje podobny efekt, a sztuka polega na kontrolowaniu tego, co ma zostać w ukryciu, a z czym należy przesadzić. W przypadku nadmiernego nagromadzenia tematów do pokazania może się okazać, że trzeba będzie dokonać wyboru. Niektóre z nich podkreślimy, a inne zupełnie pominiemy, by gotowy model puścił do nas oko prawdziwością. Właściwe dokonanie takiego wyboru w kontekście oceny swoich możliwości to jedna z niewielu naprawdę trudnych umiejętności, jakich wymaga modelarstwo!

Ten model stanowił twardy orzech do zgryzienia. Samolot był krótko w służbie, lecz intensywnie eksploatowany i w dodatku wielokrotnie przemalowywany, ale tylko w niektórych miejscach. Przy tym pilot słynął z ogromnej dbałości o prezencję swojego myśliwca. Pokazanie tego wszystkiego, szczególnie z zachowaniem ogólnej spójności wizerunku modelu, przerosło moje możliwości. Postanowiłem postawić na podkreślenie powierzchni świeżo malowanych przez nadanie im nieco większego połysku i ograniczenie występowania zabrudzeń. Tym samym musiałem łagodnie podejść do elementu zużycia kamuflażu Thunderbolta, by nie tworzyć nadmiernego kontrastu.Wybrałem tę drogę, ponieważ nie chciałem zagubić faktu, że samolot był prawie nowy. Autorowi trudno jest obiektywnie ocenić efekt, ale z pewnością próbowałem (zdjęcia Radosław Jurczyk).

Poniższy przykład niech będzie ilustracją omawianego podejścia do wykonywania śladów eksploatacji. Pokazany tu zbiornik oleju do modelu Spitfire Mk II w skali 1:48 będzie niemal niewidoczny w gotowym samolocie. Nie chodzi jednak o to, że każdy musi wyznawać zasadę, iż nawet elementy niewidoczne muszą być wykonane perfekcyjnie. Ten drobny element pozwala na przedstawienie kompletnego procesu nanoszenia śladów eksploatacyjnych w formie nie zamieniającej artykułu w niekończącą się opowieść.

Na pomalowany matową farbą zbiornik naniesione zastały srebrne plamki i rysy imitujące uszkodzenia powłoki lakierniczej. Bardzo krótko przyciętym pędzlem przetarłem srebrne miejsca, by pozbawić je chropowatości. Tym samym suchym pędzlem przetarłem jeszcze krawędzie zbiornika. Miało to na celu rozjaśnienie ich i jednoczesne pozbawienie pełnej matowości. Sproszkowane pastele, których nałożenie było następnym krokiem, mają w tych miejscach mniej chętnie łączyć się z podłożem i pozwolić na większą kontrolę przebiegu smug. Te kształtowałem drobnym pędzelkiem, zmiatając nadmiar proszku czystym, nieco większym pędzlem. Kolory pasteli dobrałem tak, by imitowały zabrudzenie olejem i zebranym przez niego brudem ogólnym. Kolejny krok to bezbarwny lakier, rozcieńczany, a później tak kształtowany, by nadać pastelowym plamom rysunek zacieków i połysk tłustego oleju. Miejscami połysk ten uzyskiwałem odrobiną startego grafitu z ołówka. Układ zacieków podyktowany jest pozycją stojącego samolotu. Dopiero teraz podkreśliłem detale korka ciemniejszym kolorem. W otworki wpuszczałem rozrzedzoną czarną farbę (prosto ze słoiczka, lecz nie wymieszaną) używając czubka igły krawieckiej, otworek po otworku. Podobnie postąpiłem z zagłębieniami wokół kołnierza korka. Na koniec pozostało jeszcze kilka kosmetycznych dotknięć.

W ten sposób odrapania przykryła warstwa olejowego, brudnego filmu, którego większe zacieki mrugają do widza tłustawym połyskiem.

 

W zależności od sposobu oświetlenia widać jak zmienia się wygląd zbiornika. To uboczny efekt zmiennego stopnia połysku powierzchni. Ta, oglądana w mniej ekstremalnych warunkach, robi wrażenie pokrytej brudnym olejowym filmem (zdjęcia Radosław Jurczyk).

Istotą powyższego opisu jest metoda podejścia do tematu - poszukiwanie sposobu, ażeby uzyskać założony z góry efekt. Dlatego nie zastosowałem żadnej techniki, która ograniczyłaby moją kontrolę nad powstającym wizerunkiem zbiornika. Na pewno szybciej byłoby zastosować washa na powierzchni, niż bawić się igiełką. Wtedy ciemny akcent pojawiłby się od razu we wszystkich zakamarkach. Ja jednak nie chciałem by był wszędzie, lecz tam, gdzie był pożądany. Nie chciałem też, by zawsze był taki sam. Dobry efekt można uzyskać na wiele sposobów. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby łatwiejszymi i szybszymi technikami uzyskać wynik jeszcze bardziej realistyczny. W modelarstwie nie brakuje zamkniętych drzwi do otwarcia.

Skupienie się na wspomnianej powyżej metodzie jest ważne dlatego, że taki sposób myślenia nie jest przynależny jedynie budowie bardzo szczegółowych modeli samolotów. Odejście od omawianych zasad od razu będzie widoczne także w przypadku prostszych prac bez waloryzacji zestawów. I odwrotnie. Odtworzenie realistycznego wyglądu samolotu zawsze spotka się z uznaniem, nawet jeśli model będzie tylko sklejony z pudełkowych części.

 

Radosław Jurczyk