Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Modele Relacje z budowy Bergepanther | 1:35 | Italeri + dodatki aktualizacja 01.12.2010

Bergepanther | 1:35 | Italeri + dodatki aktualizacja 01.12.2010

Email

Na początek kilka informacji na temat pierwowzoru. Bergepanther, w którego konstrukcji wykorzystano kadłub czołgu Panther, wprowadzony został do wyposażenia niemieckich armii pancernych jako pojazd mobilnego warsztatu ratowniczego, głównie do holowania czołgów w mniejszym stopniu rozbitych lub uszkodzonych przez mechaniczne awarie podczas walki. Transporter ten wyposażono w potężną wyciągarkę, która okazywała się bardzo przydatna podczas remontów na linii frontu. Została ona zainstalowana w środkowej części kadłuba. Urządzenie to okazało się bardzo skuteczne przy holowaniu czołgów ciężkich. Wcześniej do podobnych celów trzeba było używać trzech dużych ciągników Famo. Zamontowany z tyłu kadłuba ciężki lemiesz łopaty obniżano do ziemi. W czasie pracy utrzymywał on i stabilizował pojazd, gdy ten próbował wyciągnąć równie ciężkie czołgi typu Pantera lub jeszcze cięższe Tygrysy. Dodatkowy z boku kadłuba montowany był na niektórych egzemplarzach mały żuraw dźwigu, pomocny w drobnych naprawach. Bergepanther był produkowany w dwóch wersjach - Ausf. D, Ausf. G. Pojazd ten obecnie można zobaczyć w Saumur Tank Museum we Francji.

 

A teraz coś o zestawie bazowym. W tym modelu trudno znaleźć jakieś zalety. Jego główną wadą jest to, że bazuje na kadłubie czołgu Panther Ausf. A, co jest niezgodne z oryginalną wersją D i G. Po otwarciu pudełka rozczarowanie nie mija – model nie za wiele ma wspólnego z rzeczywistym pojazdem Bergepanther. Najważniejszy zespół systemu wyciągarek swym wyglądem również mija się z oryginałem. Krążki wraz ze stalowymi linami zostały odlane w dwóch oddzielnych połówkach, które należy połączyć ze sobą, podobnie jak koła pasowe. Ich idealne dopasowanie do siebie wraz z pozostałym olinowaniem jest dość trudne. Wygodniej byłoby zeszlifować biegnący na bębnach wzór imitacji lin i zastąpić je drucianymi. Pozostałe części w wypraskach są dobre – nity i śruby wyglądają na szczególnie ostro zarysowane. Kadłub na górze i na dole wydaje się dostatecznie szczegółowy - nity, imitacje szwu spawu, zgrzewy, itp. odwzorowane są doskonale - mimo, że zestaw ma już swój wiek. Instrukcja składania modelu jest opracowana czytelnie W zestawie znajduje się również mały arkusz naklejek.

 

Sama konstrukcja wypraski wanny kadłuba nie jest niejednorodna – tu cieńsza, tam grubsza. Ścianki będą się różnie deformować, zaś łamanie plastiku nie musi być takie samo w każdym punkcie wanny. Jeśli ten element - bardzo ważny w tej budowie - rozciągniemy lub ściśniemy w jakimś kierunku, to kształt nie zmieni się płynnie, a deformacja wanny będzie nienaturalna i brzydka. Najlepiej jest to zrobić w sposób kontrolowany – po prostu przeciąć wannę na dwie połowy, dopuszczając w tym względzie absolutną dowolność, w którym miejscu nastąpi cięcie.

 

 

Przedział silnika w modelu istnieje jedynie szczątkowo, zaś sam silnik, a właściwie jego mały fragment, widoczny będzie jedynie przez mały luk dostępowy na górnej płycie kadłuba. Jasny kolor plastiku byłby prawdopodobnie widoczny przez osłony typu grill rozmieszczone na pancerzu kadłuba pojazdu. Dlatego zdecydowałem się na pomalowanie całości przedziału na czarny kolor – tak dla bezpieczeństwa.

 

 

W celu lepszego spasowania zwichrowanej już konstrukcji niektóre detale modelu musiałem ciąć kawałek po kawałku.

 

Mógłbym pozostać przy modelach takich, jakie wykonuje się w tradycyjny sposób, które budowałem przez ostatnich 20 lat. Mógłbym tworzyć spokojne modele dioram lub tradycyjne mniejsze winietki. Mógłbym... Ale nie byłoby w tym już tej istotnej części mnie i tego ładunku emocji, zapału oraz pasji, która tu i teraz wprawia w ruch to wszystko, dzięki czemu polubiłem to, co robię. Każdy kolejny model jest doświadczeniem i lekcją poszukiwania odpowiedniego sposobu zaprezentowania makiety.

Lubię czasami zaszaleć z formą modelu, poeksperymentować z narzędziami i kolorem farb, tak aby głównym hasłem była dowolność wyrazu artystycznego. Chodzi o to, by zerwać na chwilę z wszelką tradycją modelarskiej twórczości, odrzucając jej istniejące kanony, by choć na chwilę umożliwić sobie duchową i umysłową swobodę tworzenia modelu.

Nie chodzi mi o zaszokowanie publiczności swoimi nonsensownymi pomysłami. Takie swobodne prace rzadko kiedy spotykają się z neutralnymi odczuciami – albo wzbudzają zachwyt, albo ostrą krytykę. Z mojej strony nie jest to próba negatywnej definicji modelarskiego realizmu, to ciągle będzie realizm w tym znaczeniu, że rozumiany jako próba ścisłego odwzorowania obiektywnej rzeczywistości w modelarstwie, ale poprzez moją własną, subiektywną jej interpretację  plastyczną. Mimo, że obraz tego realizmu będzie rysował się  każdemu z nas w różny sposób, to przecież w tej swobodzie jest coś, co mnie pcha do przodu w rozwijaniu swych twórczych modelarskich dokonań.

Inspirację do budowy takich modeli czerpię z archiwalnych zdjęć, ale nie podchodzę do nich, jak naukowiec. Nie analizuję ani przyczyn, anik skutków, które wynikły ze zdarzeń. Nie domniemam, jaki pocisk sprawił, że sfotografowany wrak zniszczonego pojazdu tak właśnie wygląda.

Wydawało się, że usadowienie modelu w podłożu podstawki w sposób najbardziej oddający realizm będzie przysłowiową łatwizną. Tymczasem okazało się, że wielokrotnie zmieniałem układ kompozycji, by osiągnąć efekt zbliżony do naturalnego.

 

W przypadku tej pracy chodzi mi o fajną fabułę, która wzbudzi zainteresowanie widowni, a moje fantazjowanie jest tego częścią – ogromną i różnorodną, dającą mi wprost nieograniczoną możliwość tworzenia. Istotne jest także zaskoczenie widza, zastosowanie nietypowych rozwiązań, dążenie do skomplikowanych układów kompozycji, iluzji i fantazji, ale jednak z przestrzeganiem surowych wymogów klasycznych reguł, harmonii i ładu.

 

Pracuję nad kolejnym modelem rozbitego pojazdu, ale ponieważ dopadło mnie ostatnio zmęczenie i ogólnie małe lenistwo, to czuję, że model budowany będzie o wiele dłużej, niż sądziłem. Najważniejsze jest, aby się nie zmuszać – niech powoli nabiera kształtu i formy w mojej wyobraźni.

 

Wielu modelarzy zarzuca mi, że moje modelarstwo bywa schematyczne. Każdy mój model przedstawiający zniszczony pojazd-wrak ja mógłbym nazwać schematem. Czy jednakże przez schemat należy rozumieć coś, do czego modelarz doszedł sam i wprawdzie powtarza jakieś rozwiązanie technologiczne (np. malarskie) wielokrotnie w kolejnych modelach, ale nigdy nie wiąże się to z identycznie takimi samymi efektami wizualnymi.

 

Schemat może być bowiem elastyczny i może podlegać wielu zmianom i rozmaitym modyfikacjom. Schematy bywają też wysoce indywidualne. Dla niektórych modelarzy budujących modele dioram schemat może być bardzo złożonym pojęciem, podczas gdy u innych – dość ubogim symbolem.

 

Różnice te uzależnione będą od cech osobowościowych oraz od tego, w jakim stopniu modelarz sam będzie potrafił zaktywizować efektami swej pracy bierną wiedzę widza. Oczywiście czysty schemat występuje wówczas, gdy przedstawiany jest tylko sam przedmiot. Gdy pojawiają się intencje zmierzające do modyfikacji wszystkich kształtów, wówczas już nie możemy mówić o schemacie. Przyjrzyjmy się jak wygląda droga do takich modyfikacji.

 

Jeśli chodzi o wybór techniki wykonania samego podłoża (imitacji ziemi), to idę drogą tradycyjną i wybieram modelinę.

 

Prostymi narzędziami, drewnianymi szpatułkami i wybierakami do rzeźbienia w glinie staram się uzyskać formy klasycznie płaskie i dramatycznie zniekształcone.

 

Modelina z czasem stwardnieje, nigdy nie pozostanie elastyczna i miękka. Uformowaną powierzchnię smaruję klejem do plastiku, całość posypuję drobnym piaskiem oraz wciskam w podłoże większe i mniejsze kamyki.

 

Nie pracuje planowo, raczej spontanicznie. Do pracy nad kompozycją – układem całej makiety, zabieram się bez zamierzonych konkretnych działań i pełnego planu.

 

Najpierw w umyśle rodzi się obraz tego, co chcę wykonać. Dopiero potem buduję kolejne sceny. Tak, jakbym je jeszcze raz opowiadał samemu sobie.

 

Najlepiej pracuje mi się wieczorami, nawet późnymi, bo nie przeszkadzają mi wtedy odgłosy z zewnątrz. Jestem tzw. sową, więc ożywiam się wieczorem i nocą.

 

Czasem udaje mi się wpaść w twórczy trans i świt zastaje mnie nad modelem. I wtedy czuję, że wykonałem kawał dobrej roboty – jestem zadowolony.

 

Niektóre nadbudowy pojazdów, te nie mające góry zamkniętej wieżą, muszę ciąć kawałek po kawałku i kleić. W ten sposób łatwiej jest mi zapanować nad poprawną formą wraku wraz z jego licznymi pogiętymi i połamanymi blachami. Cięcia maskuję aluminiową folią spożywczą lub nieco twardszą blachą dającą się równie łatwo formować w palcach. Pozyskuję ją np. z pudełek po wszelkiego rodzaju serach lub z opakowań małych konserw. Taką folię marszczę, a następnie prostuję i oklejam model, maskując niepotrzebne szczeliny w miejscach cięć. Szpachlowanie w takich miejscach jest z reguły bardzo kłopotliwe. Taka zmarszczona faktura podczas malowania, np. w technikach suchego pędzla, pozwala uzyskać bardzo ciekawe efekty złuszczeń farby.

 

Większe elementy konstrukcyjne pojazdu formuję na gorąco. Nie staram się podgrzewać plastiku palnikiem gazowym, gdyż z reguły dość cienki plastik potrafi się brzydko zdeformować. Lepiej jest go wrzucić na około 8-15 minut do wrzątku i następnie rozciągać, ale nie na siłę. Jeśli mam problem z uzyskaniem odpowiedniej formy zdeformowanego detalu, zastępuję plastik aluminiową blachą z puszek po napojach. Niezależnie od podkreślanej przeze mnie twórczej swobody, podczas układania na podstawce tej wyobrażonej kompozycji staram się jednak stale zwracać uwagę na wymagania realizmu wyglądu modelu i jego tła oraz spójności całej kompozycji. Do tego potrzeba tylko odrobiny oryginalności i twórczej samodzielności w wyobraźni.

Najtrudniejszym etapem budowy modelu, którego zdjęcia stanowią ilustrację tego tekstu, było uzyskanie ciekawej, lecz nieprzesadnej w formie zmiany geometrii wanny kadłuba. Każdemu, kto będzie próbował czegoś podobnego mogę powiedzieć, że jeśli się uda mu się zrobić to odpowiednio dobrze już na samym początku budowy, to będzie to połowa sukcesu. Samo ponowne złożenie kompozycji po uprzednim jej podzieleniu jest bardzo proste, powiedziałbym – banalne.

 

Nie mam potrzeby pokazania się i nie mając jej nie szukam nowego medium do wyrażania siebie, bo to co mam mi wystarcza. I dlatego mogę czasami patrzeć z pewnego rodzaju dystansem na to, co się dzisiaj w malarstwie modeli dzieje. Twórczość malarska dzisiejszych modelarzy pancernych nie jest ani rewolucyjna, ani odkrywcza. Wiadomo o tym od dawna. Jest to balansowanie między zaangażowaniem a zdystansowaniem i ten podwójny charakter zaczyna upodabniać się do kiczu.

 

Coraz częściej całe malarstwo modeli idzie w stronę ksero malowania, czyli sztuczności, manierystycznej przesady, powtarzalności i nudy. Jest to jedno wielkie lustro, które pokazuje, jak płaska i błędna jest ta otaczająca nas malarsko-modelarska rzeczywistość.

 

Nie jest żadną sztuką ślizganie się po płyciźnie malarstwa w stylu płukanek. Trudniej jest zgłębić, ubrudzić się, czasem nawet utonąć w szambie zupełnie czegoś innego, a nie tylko smakować gówniane cukierki? A może jestem świnią, która lubi się utytłać? Nie umiem malować tak samo wszystkich modeli. Każdy kolejny model jest dla mnie doświadczeniem oraz lekcją nauki malarstwa. Czuję wewnętrzny przymus ciągłego wręcz malowania i smakowania zupełnie innych stylów. Ponieważ jestem zajęty tym co robię, wszystkie trendy i wpływy malarskich płukanek w stylu pin-wash, weathering, preshading przechodzą obok mnie.

 

Wnętrze pojazdu pomalowałem alla prima (wł. za pierwszym razem). Jest to malarstwo zaliczane do technik mokro w mokrym, za jednym posiedzeniem, bez przerw w pracy. Dobrałem barwy w imitacji szaro-białego popiołu, czarnej sadzy i rdzy z palety Humbrola. Całą powierzchnię wnętrza przedziału wyciągarki pomalowałem na szaro stosując gęstą mieszankę. Taka powierzchnia pozostaje mokra wystarczająco długo, by można było na niej malować następnymi kolorami. Kolejne nakładane barwy muszą być mocno rozcieńczone – wodniste. Następnie w wybranych miejscach dodałem czarny kolor, pozwalając mu się rozpływać na wilgotnej szarej powierzchni ścian wnętrza wanny i bloku przekładni. Nie czekając na odparowanie rozcieńczalnika dodałem kolejny kolor – ceglaną rdzę – delikatnie i bardzo mało, by nie przebarwić wszystkiego na brudno-brązowy kolor. Na koniec wprowadziłem jeszcze kilka pochodnych, nieco intensywniejszych odcieni rdzy oraz białego popiołu.

 

Z malowaniem kolejnych warstw trzeba się spieszyć, żeby pierwsze kolory nie zdążyły wyschnąć przed położeniem następnych. Po takim malowaniu powstaną brzydkie nieregularne plamy, gdyż farba pozostaje jeszcze mokra, a pigmenty każdego barwnika przenikają przez siebie nawzajem przez dość długi czas. Te plamy o ostrych krawędziach znikną po całkowitym odparowaniu rozcieńczalnika tworząc łagodne efekty przejść między kolorami. Po całkowitym wyschnięciu pozostaje wykonać tylko delikatny retusz wybranych kolorów.

 

Aktualizacja - 01.12.2010

Już w średniowieczu stosowane były laserunki z wykorzystaniem bardzo rozcieńczonych farb temper lub gwaszy. Technika takiego malowania jest tajemniczą sprawą i tak nie do końca jasną dla kogoś, kto nie kończył studiów plastycznych. Malowanie laserunkami może przysparzać sporo kłopotów i pytań. Objaśnię krótko, w jaki sposób ja pomalowałem bryłę swojego modelu. Jedyną wspólną rzeczą w tym wszystkim jest to, że chodzi o malowanie warstwa na warstwie dowolnego koloru farby, który pozwala prześwitywać warstwie położonej poniżej. Należy przy tym pamiętać o zasadzie: ciemne na jasne, jasne na ciemne. No i oczywiście należy to robić tak, żeby te głębsze warstwy było widać, bo inaczej całe to malowanie nie miałoby większego sensu.

 

Trzeba pamiętać, że laserunek zawsze przyciemnia. Im jaśniejsze będzie podłoże (podkład), tym laserunek będzie zyskiwał na znaczeniu – będzie bardziej świetlisty. Dlatego model powinien być w pierwszym malowanym podkładzie w jak najbardziej jasnych tonach i kontrastach. Laserować można artystycznymi farbami olejnymi mieszanymi z werniksem. Należy zapamiętać istotną rzecz dotyczącą olejnych farb artystycznych: laserunek wykonany na terpentynie będzie do niczego, farba rozpuszczona terpentyną będzie się ścierać i zmieniać kolor, gdyż jest to nakładanie chudego na tłuste. Natomiast jak najbardziej można stosować werniks, ewentualnie – mieszaninę terpentyny weneckiej, która daje się długo rozprowadzać, dopieszczać i wycierać do woli. Wadą farb olejnych jest to, że długo schną, zaś model błyszczy się po wyschnięciu i trzeba go zmatowić lakierem.

 

Ja tradycyjnie i od zawsze maluję emaliami Humbrola i takiego też używam rozcieńczalnika. Dyskusje na temat, które farby modelarskie są lepsze, takie, czy inne, to kwestia umowna – wszystkimi farbami można laserować. Przebarwień w postaci wypłowień farby, czy powstałych strug brudu i otarć nie maluję na podstawie analizy ich realnego przebiegu na pancerzu. Oczywiście staram się dopilnować, aby znalazły się one w miejscach, w których mogły rzeczywiście powstać. Wszystkie te uszkodzenia kamuflażu maluję bez jakiegoś wzoru przybliżonej pewności – raczej robię to spontanicznie. Podstawową zasadą jest unikanie na początku nadmiaru czerni, gdyż niszczy ona efekt prześwitywania tła. Pierwsze nakładane farby na podkładzie to delikatne w odcieniu, nieregularne szaro-brązowe plamy, które imitują powstałe na pojeździe w nieokreślonym czasie zabrudzenie – te pierwsze malowane pędzelkami nie są jeszcze laserunkiem.

 

Do dalszego malowania przygotowuję farbę w konsystencji zabarwionej wody. Następne malowania to już formy nieco mocniej zarysowane, lecz również mało intensywne – dłuższe zacieki na pancerzu, większe otarcia i obicia farby. W tym czasie wykonuję także wypłowienia i przebarwienia kamuflażu na całym pojeździe nakładając kilkanaście warstw różnych odcieni tego samego koloru. Jak łatwo dostrzec na załączonych fotografiach, model stopniowo, pod wpływem nakładania kolejnych warstw farby, zmienia kolor. Barwy gorące wydają nam się cięższe od barw chłodnych, a ciemne cięższe od jasnych. Równowagę w bryle modelu tworzą plamy i barwy różniące się wielkością i ciężarem. Kolejne warstwy transparentnej farby nakładam po dokładnym wyschnięciu wcześniej położonych. Warstw laserunku i form wszelakich nieregularnych zacieków na modelu można wykonać dowolną liczbę, nie należy jednak przesadzać. Laserunek może przytłumić nawet najjaskrawszą prace – ja wykonałem ich na modelu siedem. Kończąc malowanie wykonałem tzw. retusz wyostrzający formę, zwiększając z pomocą czystej bieli siłę światła. Kontury podkreślam ciemnym brązem. Nie jest to sensu stricte laserunek, mimo że retuszować obraz, niejako go zespalać, harmonizować można także laserunkiem.

 

Na koniec chciałbym jeszcze dodać, że nie należy się ograniczać poglądami zawartymi w różnych forumowych poradnikach internetowych, które sugerują jakich konkretnie mamy użyć pędzli, o jakich rozmiarach, końcówkach i w jakiej liczbie oraz jakich firm. Otóż nie, malarstwo modeli powinno być sztuką, eksperymentem, przypadkiem i przygodą – szukaniem i znajdywaniem. Bogactwo naszych modeli powinno wynikać z rodzaju malarstwa, jakie uprawiamy, z doświadczenia i faktycznej potrzeby. Nie uważam się wprawdzie za mistrza malarstwa, ale nie mam wątpliwości co do tego, że o jakości i rodzaju malarstwa decyduje przede wszystkim zamysł malarza. Z drugiej strony, jeśli nie ma się chęci znajdywania pomysłu na inne malarstwo, to nawet najlepsze formy washy-płukanek na modelach zawsze będą wyglądać identycznie.

 

Tekst i zdjęcia: Piotr Gładki