Modelarstwo redukcyjne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Do not touch!

Do not touch!

Email

W realiach niektórych imprez modelarskich chciałoby się zawołać bardziej zdecydowanie - ręce precz od modeli! I bynajmniej nie tylko pod adresem zwiedzających, którzy często - pozawerbalnie wyrażając swe emocje - nazbyt żywo gestykulują nad modelami. Ale także w odniesieniu do sędziów!

Gdy w latach 1970. zaczęto organizować pierwsze konkursy modelarskie, czymś naturalnym było, że sędzia musi wziąć model do ręki, by mu się dokładnie przyjrzeć. Bo to i małe modele były... i dość odporne na uszkodzenia. Odporne nie z powodu, że robiono je wówczas z twardszych surowców, lecz dlatego, iż nie były tak skomplikowane, jak współcześnie wykonywane modele konkursowe. Ale już nawet wtedy dla niektórych z nich ocena sędziowska kończyła się oderwaniem jakiejś antenki lub innego maleńkiego elementu, a czasami nawet uszkodzeniem podwozia. Do dziś pamiętam, jak czułem się, gdy zobaczyłem swój model Huntera po ocenie dokonanej przez czechosłowackich sędziów. W efekcie tej oceny nie nadawał się do publicznej prezentacji, gdyż sędziowie chcąc ukryć wyrządzone szkody, posklejali szybko wszystko, co udało im się oderwać w trakcie pracy. A ponieważ starali się, by powtórnie przyklejone części mocno się trzymały, nie żałowali kleju. Opisana sytuacja nie była czymś wyjątkowym w tamtych latach. Nawet jakiś czas obowiązywała zasada, wedle której organizator konkursu miał obowiązek zapewnić sędziom zestaw naprawczy w postaci kleju i pincety! Tak się działo nie tylko w ówczesnej Czechosłowacji, ale w każdym kraju, gdzie sędziowanie nie odbywało się wyłącznie przez ogląd modelu, ale również... palpacyjnie.

Sędziowanie w białych rękawiczkach

O ile w tradycji zachodnich imprez modelarskich szybko zrezygnowano z brania modeli do rąk podczas sędziowania, o tyle w państwach byłego bloku wschodniego ten styl pracy sędziowskiej jest nadal tu i ówdzie kultywowany (niektóre konkursy węgierskie, czeskie, słowackie, serbskie, słoweńskie, a także część polskich konkursów). Pracę sędziów trochę ucywilizowano, bo np. sędziowie węgierscy i słoweńscy mają obowiązek pracować w rękawiczkach, żeby na modelach nie pozostawiać śladów linii papilarnych. W rękawiczkach trudniej zostawić ślad, ale łatwiej o wysmyknięcie się modelu z ręki.

Droga ze stołu konkursowego do stolika sędziowskiego - tu się może zdarzyć wszystko (zdjęcia: Ireneusz Mikucki)

Ktoś po przeczytaniu powyższego fragmentu tekstu może dojść do wniosku - po co poświęcać tyle miejsca bzdurnym zagadnieniom. Bzdurnym? Proszę to powiedzieć modelarzowi, który setki godzin spędził na mozolnej pracy przy modelu i po konkursie dostaje go z niektórymi jego częściami luzem, których przyklejenie i pomalowanie było dla niego wyczynem wręcz ekwilibrystycznym!

Swoistym kuriozum sędziowskich postaw była jeszcze nie tak dawno, bo kilka lat temu, opinia rozpowszechniana wśród niektórych sędziów szkolonych w LOK, że modelarz - skoro decyduje się na udział w konkursie - powinien liczyć się (sic!) z uszkodzeniem, a nawet zniszczeniem modelu! Ci sami LOK-owscy sędziowie w odniesieniu do redukcyjnych modeli kartonowych próbowali nawet pójść dalej i wprowadzić obyczaj... próbnego nawiercania modelu, ażeby sprawdzić, czy jest to na pewno model wykonany z tego materiału, a nie z innych surowców! O czym świadczyły takie zapędy sędziów? Poza brakiem elementarnej wiedzy modelarskiej, chyba tylko o kompletnym nieposzanowaniu pracy modelarza!

Na szczęście równolegle z tradycyjnymi przyzwyczajeniami sędziowskimi, w Polsce zaczęły również obowiązywać zasady przejęte z tradycji IPMS, według których sędziemu nie wolno nawet dotknąć modelu, nie mówiąc już o próbach odwracania go do góry podwoziem, żeby przyjrzeć się wykonaniu jego spodnich powierzchni. Wedle tych zasad obowiązek zaprezentowania modelu w taki sposób, by sędzia mógł zobaczyć (i ocenić) jak najwięcej, spada na jego wykonawcę. To on decyduje, czy model ustawić na podstawce pozwalającej zobaczyć także dolne powierzchnie (np. lustro), czy też nie. Co więcej, modelarz także decyduje, w jaki sposób ustawić model, żeby dla sędziów zaprezentował się z najlepszej strony (w dosłownym znaczeniu tego słowa). Jest to ważne szczególnie wtedy, gdy warunki przestrzenne miejsca rozgrywania konkursu nie pozwalają na oglądanie modelu z różnych kierunków.

Scenki rodzajowe przy stoliku sędziowskim (zdjęcia: Ireneusz Mikucki, Andrzej Ziober)

Takie rygorystyczne ograniczenia oglądu modeli w czasie prac sędziowskich diametralnie zmieniają całą ideę rywalizacji konkursowej. Zmianie ulegają nie tylko formy prezentacji modeli, ale także i kryteria oceny – jedno od drugiego jest bowiem ściśle zależne. Nie wnikając na razie w szczegóły, jakież to nowe kryteria przyjmują sędziowie, zatrzymajmy się nad przyczynami ograniczeń uniemożliwiających branie modeli do ręki. Główny powód, to wspomniany stopień skomplikowania modeli. Wprowadzenie elementów fototrawionych i detali z żywic epoksydowych wzbogaciło modele, pozwalając na bardziej wierne odwzorowanie drobnych detali, niemożliwych do wykonania z plastiku metodą wtrysku. Jednocześnie rozwój technik wykonawczych spowodował, że dawno już modele konkursowe przestały być typową zabawką politechniczną o niewielkiej wartości materialnej. Dziś modele redukcyjne są nierzadko prawdziwymi arcydziełami precyzji i powstają w wyniku kilkuletniej pracy. Tym samym ich wartość wzrasta - zarówno w sensie finansowym, jak i w kontekście wartości artystycznych. Na współczesny model konkursowy nie można już patrzeć, jak na tani gadżet z supermarketu, którego zniszczenie nie wiąże się z poważnymi stratami i niemożnością dochodzenia odszkodowań na drodze prawnej. Od jakiegoś czasu podczas zachodnich imprez modelarskich coraz częściej można zobaczyć modele ubezpieczone polisą opiewającą na dużą kwotę. W takiej sytuacji żaden rozsądny organizator wystawy modelarskiej nie zaryzykuje procesu, jaki może mu wytoczyć towarzystwo ubezpieczeniowe, w wyniku którego mógłby zostać zobligowany do zapłacenia wysokiego odszkodowania. Nic więc dziwnego, że np. w Portugalii podczas słynnego Model’Troya dbałość o porządek w czasie udostępnienia ekspozycji wystawowej powierza się firmie ochroniarskiej.

Wprawdzie w Polsce chyba żadne towarzystwo ubezpieczeniowe nie oferuje usług adresowanych konkretnie dla modelarzy, ale model można ubezpieczyć, jak każdy przedmiot o deklarowanej wartości i tylko czekać, kiedy modelarze zaczną korzystać z tej możliwości.

Sędzia w białych rękawiczkach - to już coś! Ale, gdy trzeba wziąć do ręki maleńki modelik, poprzez rękawiczkę chwyta... dokumentację modelarską (zdjęcie: Ireneusz Mikucki)

Takiej akrobacji może nie wytrzymać prawdziwy samolot, a co dopiero model (zdjęcie: Ireneusz Mikucki)

Amerykańscy sędziowie zawsze pracują w rękawiczkach, ale gdy modelarz zgłosi, że jego model jest bardzo delikatny i nie wolno go dotykać, sędziowie dostosowują się do jego prośby i nie dotykają modelu. Do jego oglądu używają specjalnych lusterek i diodowych latarek (zdjęcie: Karol Budniak)

Niezależnie jednak od wymiernej wartości modelu - czy jest to twór uznanego mistrza, czy też jeszcze nieporadny efekt pracy juniora - wartość modelu należy rozpatrywać również w kategoriach emocjonalnych. Dla każdego wykonawcy jest to jego bezcenne dzieło. Dlatego też postawa sędziego, który owych emocjonalnych aspektów nie bierze pod uwagę lub je zwyczajnie banalizuje jest - nie boję się użyć tego sformułowania - dowodem zwyczajnego braku podstaw kultury osobistej! Poszanowanie pracy modelarza powinno być głównym czynnikiem warunkującym zachowanie osoby oceniającej i wręcz narzucać sędziemu samoograniczenie się w naturalnej chęci wzięcia modelu do ręki.

Czy tak jest w rzeczywistości?

Czy nasi polscy sędziowie spełniają ten warunek? Sukcesywnie od kilku lat podczas krajowych imprez modelarskich można dostrzec wzrost dbałości o powierzone modele, ujawniający się zarówno zapewnieniem bezpiecznego miejsca ekspozycji (osoby dyżurujące na sali, odgrodzenie modeli od widzów etc.), jak i właściwą postawę sędziów. Są jednak nadal i takie imprezy modelarskie, gdzie sędziowie tradycyjnie uważają, że wnikliwa ocena modeli jest możliwa tylko wtedy, gdy model można oglądać z każdej pozycji, trzymając go w rękach lub za podstawkę (jeśli jest do niej przymocowany). Nie jest moim celem wyszczególnianie, jakie to imprezy modelarskie, i którzy sędziowie nadal hołdują tak pojętemu systemowi pracy. Modelarz bowiem zawsze ma swobodny wybór, w jakich imprezach modelarskich chce uczestniczyć, a w jakich nie. Generalnie rzecz ujmując tam, gdzie podstawą oceny sędziowskiej jest obowiązujący regulamin LOK lub tzw. regulamin aeroklubowy trzeba się spodziewać, że sędziowie będą mieli prawo dotykać modele, gdyż te regulaminy w dużym stopniu wymuszają taki właśnie styl pracy komisji sędziowskich. Daleki jestem również od krytykowania, czy też próby stworzenia atmosfery wymuszania zmian we wspomnianych regulaminach. Ewentualne zmiany są wyłącznie w gestii działaczy tych organizacji i to na nich ciąży odpowiedzialność za ewentualny spadek popularności imprez, po których modelarze odbierają uszkodzone modele. W dobie Internetu takie informacje szybko się rozchodzą . Z pewnością rozpropagowanie tego rodzaju przestrogi dla potencjalnych wystawców w przyszłości wpłynie negatywnie na frekwencję osób dysponujących cennymi modelami (a tym samym szczególnie wartymi pokazania).

Mit dokładności sędziowskiej

Nie mogę się natomiast zgodzić z dość powszechną argumentacją, że jedynie takie drobiazgowe oceny, oparte na wspomnianych regulaminach LOK i AP, pozwalają na rzetelne wyłonienie zwycięzców konkursów modelarskich, a tym bardziej, że zwycięstwo w tak przeprowadzonej klasyfikacji ma jakąś większą wartość, czy wręcz większy prestiż w stosunku do imprez rozgrywanych w formule festiwalowej, gdzie nie dopuszcza się brania modeli do rąk. Wartość oceny sędziowskiej nie zależy bowiem od regulaminu, ale od profesjonalizmu osoby oceniającej. Wartość nagrody (festiwal nadaje wyróżnienia specjalne) zależy natomiast wyłącznie od prestiżu imprezy. A o jej prestiżu nie decydują regulaminy oceny, lecz wyłącznie towarzystwo, w jakim wygrywa się rywalizację. Można oczywiście powiedzieć, że jakość pracy sędziów w dużym stopniu rzutuje na odbiór każdej imprezy modelarskiej. Jeśli sędziowie nie mają odpowiedniego przygotowania lub, co gorsze, nie kierują się wyłącznie aspektami merytorycznymi (np. ujmując rzecz kolokwialnie – kolesiowstwem), to z pewnością ocena uczestników takiego konkursu (niezależnie od tego, czy będzie to konkurs klasyczny, czy festiwal) będzie negatywna, a prestiż imprezy niski. Ale i w jednym i w drugim przypadku mamy do czynienia z sytuacją patologiczną, ponieważ sędzia - z założenia - zawsze musi być profesjonalistą, inaczej cała rywalizacja konkursowa traci jakikolwiek sens. W konkursie bowiem poddajemy się ocenie innych po to, żeby dowiedzieć się, jaki jest odbiór naszych modelarskich umiejętności. Oczekujemy owej profesjonalnej oceny, wynikającej z autorytetu osób dokonujących tej weryfikacji, a nie przypadkowego werdyktu grupki dyletantów!

Podstawka pod model jest jakimś zabezpieczeniem przed jego uszkodzeniem, ale jeśli model nie jest starannie do niej przymocowany, to „katastrofa lotnicza wisi na włosku” (zdjęcie Ireneusz Mikucki)

W tym miejscu rodzi się pytanie, czy sędzia może spełnić warunek wspomnianego profesjonalizmu, skoro ma oceniać model tylko z odległości średnio 1m. Czy z tej odległości jest w ogóle realne dostrzeżenie wszystkich niuansów konstrukcji modelu i wychwycenie wszystkich jego błędów? Oczywiście, że nie jest to w pełni wykonalne. Ba, możliwości maleją wraz z wymiarami modeli! Ale w konwencji festiwalowej nie tylko o taką typową ocenę chodzi. Rywalizacja pomiędzy zawodnikami nie przebiega jedynie na płaszczyźnie ilości dostrzeżonych błędów, chociaż i tu każdy błąd rzutuje na ocenę końcową. Szczegółowo założenia festiwalowej koncepcji imprez modelarskich, w tym również zasady oceny i sposoby przyznawania wyróżnień opisałem na łamach Skrzydlatej Polski ( Po co te konkursy; Skrzydlata Polska 4/2006). Zainteresowanych zachęcam do sięgnięcia po ten tekst. Szczególnie nakłaniam do jego wnikliwego przeanalizowania organizatorów krajowych festiwali modelarskich. Nazwa ta - choć niektórzy próbują ją dyskredytować, przyrównując np. do Festiwalu Piosenki Radzieckiej (co jedynie dowodzi ich kompletnego braku rozeznania, czym w istocie jest festiwal modelarstwa) – przyjęła się już także u nas. Chodzi jednak o to, żeby oprócz modnego tytułu wprowadzić także do obiegu zasady, które kojarzą się z tak nazwaną imprezą.

W polskich realiach wprowadzanie nowych obyczajów modelarskich napotyka na spore trudności głównie dlatego, że przez wiele lat polskie modelarstwo redukcyjne rozwijało się w hermetycznych warunkach, spowodowanych licznymi barierami – od ustrojowych do typowo finansowych. Dziś polscy modelarze coraz częściej uczestniczą w renomowanych zachodnich wystawach i konkursach, gdzie na własne oczy mają okazję przekonać się, że prezentowane tu sugestie przynoszą o wiele więcej korzyści, niż trwanie przy skostniałych przyzwyczajeniach z gruntu nie przystających do nowoczesnych wymogów modelarstwa redukcyjnego. Jedną z nich jest bezwzględne zagwarantowanie bezpieczeństwa modelom. Dlatego tytułowe hasło Do not touch powinno zacząć obowiązywać również sędziów!

Andrzej Ziober

(zdjęcia: Karol Budniak, Ireneusz Mikucki, Andrzej Ziober)

Artykuł ukazał się w Magazynie Lotniczym AeroPlan nr 4/2007